Miłość w cieniu rewolucji:
Aleida March i jej prywatny Che Guevara




Ilona Osińska i Piotr Mierzejewski





Aleida March i Ernesto Che Guevara - para kochanków-rewolucjonistów.



Aleida March to jedna z tych postaci historii, które zwykle stoją krok w cieniu wielkiego mitu, a przecież bez nich ten mit byłby uboższy, pęknięty, mniej ludzki. W zbiorowej wyobraźni Che Guevara istnieje głównie jako ikona: beret z gwiazdą, surowe spojrzenie, fotografia Kordy. Ale obok tego wizerunku był jeszcze ktoś, kto widział go nie tylko na barykadach czy w dżungli, lecz przy stole, w półmroku sypialni, w chwilach zwątpienia i cichej czułości. Tym kimś była Aleida March.


Urodziła się w 1936 roku na Kubie, w kraju rozdwojonym między turystyczny blichtr Hawany a biedę prowincji. Gdy miała dziewiętnaście lat, wstąpiła do Ruchu 26 Lipca. Nie jako romantyczna dekoracja rewolucji, lecz jako jej realna uczestniczka: łączniczka, sanitariuszka, kobieta przenosząca broń i meldunki. W górach Sierra Maestra, w 1958 roku, poznała Che Guevarę. On był już wtedy legendą rodzącą się na jej oczach – Argentyńczykiem z astmą, lekarzem, który porzucił wygodne życie dla wielkiej idei. Ona – młodą Kubanką o jasnym, spokojnym spojrzeniu i wewnętrznej twardości. Ich więź nie była przelotnym romansem na zapleczu rewolucji. Zrodziła się w marszach, pod ostrzałem, przy ogniskach, gdzie mówi się tylko to, co naprawdę ważne.






Zdjęcie ze ślubu Che z Aleidą March.



Po zwycięstwie rewolucji w 1959 roku spróbowali żyć „normalnie”. Pobrali się, doczekali się czwórki dzieci. Jest takie zdjęcie: Che, Aleida i ich czworo maluchów, wszyscy razem, jeszcze w komplecie. To jedno z ostatnich rodzinnych ujęć, zanim on wyruszył do Konga, a potem do Boliwii. Fotografia niemal boleśnie zwyczajna: młoda kobieta, zmęczony mężczyzna, dzieci przytulone do rodziców. Widać na niej nie ikonę rewolucji, lecz rodzinę, która wie – albo przynajmniej przeczuwa – że ten spokój jest chwilowy.


Ich małżeństwo nie było łatwe. Che znikał na miesiące, żył bardziej ideą niż sprawami domowymi. Aleida wiedziała, kogo poślubiła. Nie miała złudzeń co do ceny, jaką płaci się za życie u boku człowieka bezwzględnie oddanego swojej wizji świata. Wiedziała też, że może go już nigdy nie zobaczyć. I jednak nie próbowała go zatrzymać.


Po jego śmierci w 1967 roku została sama z czwórką dzieci i z ciężarem pamięci, która była zarazem osobista i publiczna. Świat chciał od niej mitu, a ona nosiła w sobie żałobę po mężu. I właśnie z tej potrzeby prawdy – a nie z chęci budowania legendy – narodziła się po latach jej książka „Mój Che. Bardzo intymnie”, wydana w Polsce w 2014 roku przez wydawnictwo SQN w tłumaczeniu Jakuba Małeckiego.






Che Guevara z żoną i czwórką dzieci.




To jedna z tych książek, które rozbrajają patos. Nie jest to polityczna biografia ani apologia rewolucji. To cichy, osobisty portret mężczyzny widzianego z najbliższej możliwej perspektywy: męża, ojca, kochanka, człowieka chwilami nieporadnego w codzienności, czułego wobec dzieci, zamyślonego aż do bólu. Aleida pisze o listach z Afryki i Boliwii, o kartkach, w których mieszały się miłość, poczucie obowiązku i przeczucie końca. O drobnych gestach czułości. O śmiechu. O lęku. O tym, jak bardzo brakowało jej zwykłego, domowego Che – bardziej niż bohatera z plakatów.


W tej książce Che przestaje być ikoną. Staje się człowiekiem z krwi i kości. I właśnie dlatego jest ona tak poruszająca. Aleida nie wybiela go, nie buduje hagiografii. Nie zgadza się też na jego demonizację. Jej opowieść jest próbą zachowania proporcji: między wielką historią a małym, prywatnym życiem.


Ona sama również nie próbuje budować własnej legendy. Nie została zawodową wdową po bohaterze. Jej godność polega na wierności prawdzie o ich wspólnym losie. Przez dekady spotykała się z młodymi ludźmi, opowiadała o Che bez patosu, przypominała, że za plakatem był mężczyzna, który kochał swoje dzieci i swoją żonę – choć bardziej jeszcze kochał ideę.


Jest w tej kobiecie niezwykły spokój. Jakby po tylu latach pogodziła się z losem, który wybrała razem z nim. Nie ma w niej goryczy. Jest raczej cicha siła kogoś, kto przeżył rzeczy ostateczne. Kiedy mówi o Che, nie mówi jak kustoszka relikwii, lecz jak ktoś, kto wciąż pamięta dotyk dłoni i ciężar głowy opartej na ramieniu.

Aleida March przypomina, że rewolucje nie składają się wyłącznie z bitew i manifestów. Składają się też z kobiet, które czekają, rodzą dzieci, chowają mężów i uczą się żyć z pustką. A jej książka – „Mój Che. Bardzo intymnie” – jest jednym z najpiękniejszych świadectw tej cichej, niewidzialnej strony wielkiej historii.


To jedna z tych postaci, które nie krzyczą, a jednak zostają w pamięci dłużej niż niejeden bohater z pomnika ...






Aleida March (w tej roli Catalina Sandino Moreno) w filmie "Che: Guerrilla" Stevena Soderbergha (2008). Widzimy ją jako młodą partyzantkę z Ruchu 26 Lipca
z karabinem, spokojną, skupioną,bez heroicznej pozy.