To jedna z tych książek, które rozbrajają patos. Nie jest to polityczna biografia ani apologia rewolucji. To cichy, osobisty portret mężczyzny widzianego z najbliższej możliwej perspektywy: męża, ojca, kochanka, człowieka chwilami nieporadnego w codzienności, czułego wobec dzieci, zamyślonego aż do bólu. Aleida pisze o listach z Afryki i Boliwii, o kartkach, w których mieszały się miłość, poczucie obowiązku i przeczucie końca. O drobnych gestach czułości. O śmiechu. O lęku. O tym, jak bardzo brakowało jej zwykłego, domowego Che – bardziej niż bohatera z plakatów.
W tej książce Che przestaje być ikoną. Staje się człowiekiem z krwi i kości. I właśnie dlatego jest ona tak poruszająca. Aleida nie wybiela go, nie buduje hagiografii. Nie zgadza się też na jego demonizację. Jej opowieść jest próbą zachowania proporcji: między wielką historią a małym, prywatnym życiem.
Ona sama również nie próbuje budować własnej legendy. Nie została zawodową wdową po bohaterze. Jej godność polega na wierności prawdzie o ich wspólnym losie. Przez dekady spotykała się z młodymi ludźmi, opowiadała o Che bez patosu, przypominała, że za plakatem był mężczyzna, który kochał swoje dzieci i swoją żonę – choć bardziej jeszcze kochał ideę.
Jest w tej kobiecie niezwykły spokój. Jakby po tylu latach pogodziła się z losem, który wybrała razem z nim. Nie ma w niej goryczy. Jest raczej cicha siła kogoś, kto przeżył rzeczy ostateczne. Kiedy mówi o Che, nie mówi jak kustoszka relikwii, lecz jak ktoś, kto wciąż pamięta dotyk dłoni i ciężar głowy opartej na ramieniu.
Aleida March przypomina, że rewolucje nie składają się wyłącznie z bitew i manifestów. Składają się też z kobiet, które czekają, rodzą dzieci, chowają mężów i uczą się żyć z pustką. A jej książka – „Mój Che. Bardzo intymnie” – jest jednym z najpiękniejszych świadectw tej cichej, niewidzialnej strony wielkiej historii.
To jedna z tych postaci, które nie krzyczą, a jednak zostają w pamięci dłużej niż niejeden bohater z pomnika ...