Jednym z bardziej drażliwych momentów w malarskiej twórczości Fernando Botero była niewątpliwie "Głowa Chrystusa". Obraz ten, namalowany w 1976 roku, stylistycznie i mentalnie należy do jego paryskiego okresu – jest już wyraźnie europejski, wyciszony, pozbawiony latynoamerykańskiej anegdoty.
Był to czas reinterpretacji sacrum w sztuce nowoczesnej, a Kościół po Soborze Watykańskim II nie narzucał już jednego kanonu obrazowania. Botero studiował wtedy mistrzów w Luwrze (Piero della Francesca, Uccello, Velázquez), malował swoje najbardziej „klasyczne” kompozycje, tworzył prace o charakterze ikonowym i sakralnym.
"Głowa Chrystusa" nie jest duża, ledwie ok. 61 x 51 cm (olej na płótnie). Niewielki format jest ważny, bo wzmacnia ikonowy, skupiony charakter dzieła.
Krytycy sztuki w większości nie uznali obrazu za bluźnierczy, choć podkreślali jego prowokacyjny potencjał. Dominowały trzy linie interpretacyjne:
1. Styl ponad treścią religijną – wskazywano, że Botero nie szydzi z Chrystusa, lecz konsekwentnie stosuje swój język formalny (monumentalność, „objętość”, frontalność).
2. Ikona bez patosu – Chrystus Botera pozbawiony jest dramatyzmu Męki. To raczej hieratyczna głowa, niemal maska, bliższa sztuce archaicznej niż barokowej dewocji.
3. Desakralizacja przez estetykę, nie przez intencję – krytycy zauważali, że napięcie rodzi się z faktu, iż widz oczekuje „cierpienia”, a otrzymuje spokój i masę.
W prasie artystycznej lat 70. (zwłaszcza w USA i Ameryce Łacińskiej) podkreślano, że Botero nie parodiuje, lecz reinterpretuje ikonografię, podobnie jak robił to wcześniej z Velázquezem czy Piero della Francesca.
Odbiór przez publiczność był jednak znacznie ostrzejszy. Część widzów odbierała obraz jako niepokojący, wręcz „nie na miejscu” w kontekście religijnym. Pojawiały się zarzuty, że Chrystus jest „zbyt cielesny”, „zbyt ludzki”, a nawet „karykaturalny”.
W Ameryce Łacińskiej, a szczególnie w Kolumbii, ojczyźnie Botero, reakcje bywały bardzo emocjonalne, ale krótkotrwałe, gdyż Botero był już wtedy postacią stającą się skarbem narodowym.
Co ciekawe: brak oficjalnego potępienia ze strony hierarchii kościelnej. Nie wydano żadnych formalnych oświadczeń ani zakazów ekspozycji. Duchowni wypowiadający się prywatnie lub w prasie katolickiej raczej zachowywali dystans, wskazując, że obraz nie jest „pobożnościowy”, ale też nie jest bluźnierczy. Kościół – zwłaszcza po Soborze Watykańskim II – był już przyzwyczajony do nowoczesnych reinterpretacji ikonografii Chrystusa (Bacon, Rouault, Sutherland), więc Botero nie był wyjątkiem.
Uproszczeniem byłoby twierdzenie, iż Botero namalował „grubego Chrystusa”. Namówił nas jedynie, byśmy spojrzeli na ikonę bez teatralnego bólu, za to z ciężarem istnienia. A to – dla wielu – okazało się trudniejsze do przyjęcia niż gwoździe i krew. Rok 1976 to był ten moment, gdy Botero nie musiał już niczego udowadniać. Dlatego mógł sobie pozwolić na Chrystusa ciężkiego, milczącego i zgoła nieheroicznego.