NUMERKI NA "NUMERKI" OBIEKTAMI NUMIZMATYCZNYMI




Ilona Osińska i Piotr Mierzejewski





Numizmatycy kolekcjonują rzeczy, które były środkami płatniczymi, przypominają pieniądze lub są związane z historią pieniądza, czyli monety, banknoty, medale, żetony i podobne artefakty. Fragmenty historii miast często kryją się nie w tym, co oficjalne, lecz w tym, co dyskretne, anonimowe i przechodnie. Do takich przedmiotów należą dawne żetony używane w domach publicznych — małe krążki z mosiądzu, aluminium lub miedzi, wydawane klientom w celach zaspokojenia określonej potrzeby. Nazywa się je „numerkami”, „markami”, „bonami”. W terminologii kolekcjonerów określa się je także mianami bordell-jeton lub brothel-token. Dziś są jednymi z najbardziej intrygujących obiektów numizmatyki pozamonetarnej, czyli exonumii.


Żeton w domu publicznym pełnił funkcję podwójną. Z jednej strony był narzędziem rozliczenia: usługa została opłacona z góry, bez gotówki na widoku, bez ryzyka kradzieży, bez sporów. Z drugiej był mechanizmem anonimowości. Klient nie płacił kobiecie, nie płacił obsłudze wręczał metalowy znak, który krążył w obiegu zamkniętym, jak klucz lub numer szatni. Właśnie ta logika obiegu zamkniętego sprawia, że numizmatycy nie mają wątpliwości: to pełnoprawny przedmiot badań. Żeton działał jak pieniądz, ale bez nominału, bez państwowej gwarancji, bez herbu. Był pieniądzem prywatnym.


Autentyczne żetony z XIX i pierwszej połowy XX wieku są zaskakująco powściągliwe. Najczęściej widzimy na nich cyfry (1, 2, 5), proste słowa typu BON, MARQUE, TOKEN, czasem numer pokoju albo inicjał. Nie ma dosłowności. Nie ma erotyki. Nie ma wulgarności. Im bardziej żeton jest niemówiący, tym bardziej prawdopodobne, że jest prawdziwy. To paradoks, który kolekcjonerzy znają dobrze - fałszerze zawsze „dopowiadają”, oryginały milczą.


XIX-wieczne i wczesne XX-wieczne egzemplarze noszą ślady intensywnego obiegu: starte cyfry, wygładzone krawędzie, patynę, której nie da się przekonująco podrobić. Ten metal był w ciągłym dotyku — przechodził z ręki do ręki, z kieszeni na ladę, z lad na stół. Zużycie nie jest defektem, lecz dokumentem. Dla numizmatyka to wartość. Dla historyka obyczaju — niemal dowód z życia. Te numerki są jak klucze do nieistniejących już drzwi. Nie opowiadają historii wprost, nie moralizują, nie epatują. Leżą ciężko w dłoni i milczą. A jednak mogłyby powiedzieć więcej o życiu miasta niż niejedna tablica pamiątkowa.


Jeszcze trzydzieści lat temu takie żetony trafiały do szuflad jako ciekawostki. Dziś osiągają realne ceny kolekcjonerskie: od kilkuset złotych za egzemplarze pospolite po kilka tysięcy za wczesne, dobrze zachowane sztuki z udokumentowanym pochodzeniem. Pojawiają się na aukcjach domów takich jak Künker czy Drouot, a także w obiegu prywatnym, gdzie najlepsze obiekty zmieniają właściciela bez katalogów i młotków. Rynek ten rządzi się zasadą: im mniej sensacji, tym więcej wartości.







Żeton z domu publicznego jest zapisem mikroekonomii miasta: relacji między władzą, moralnością, kontrolą sanitarną i ludzkim ciałem. To dokument epoki, w której wszystko miało swoją cenę, ale nie wszystko wolno było nazwać.


Warszawa międzywojenna była miastem paradoksu. Z jednej strony stolica odrodzonego państwa, z ambicjami, modernizacją i nową administracją z drugiej miasto biedy, migracji, rozwarstwienia i życia nocnego, które rozwijało się szybciej niż oficjalne narracje o moralnym odrodzeniu. Domy publiczne istniały legalnie, pod ścisłym nadzorem policyjno-sanitarnym, wpisane w system regulacji, który miał chronić zdrowie publiczne i… spokój społeczny. W tym świecie funkcjonowały także żetony. Nie były one ekstrawagancją ani „zachodnią nowinką”. Były narzędziem porządku, takiego samego porządku, jaki panował w łaźniach, szatniach teatrów czy kasach nocnych lokali. Warszawa lat 20. i 30. znała doskonale logikę numerka: zostawiasz płaszcz, dostajesz metalowy znak, płacisz z góry, dostajesz krążek. W domu publicznym mechanizm był identyczny, tylko stawka inna.


Międzywojenna Warszawa była miastem obsesji sanitarnej. Kontrola prostytucji była traktowana jako element polityki zdrowotnej. Żeton wpisywał się w ten system idealnie: pozwalał oddzielić pieniądz od ciała, klienta od personelu, rozliczenie od relacji. Był zimny, metalowy, pozbawiony emocji — dokładnie taki, jakiego oczekiwała administracja. Można powiedzieć, że żeton był materialnym przedłużeniem formularza urzędowego.


Nie zachowały się warszawskie numerki z nazwą miasta. Warszawa była miastem, które wstydziło się swojej nocy. W przeciwieństwie do Paryża czy Berlina, gdzie maison close bywały markami rozpoznawalnymi, warszawskie domy publiczne funkcjonowały w cieniu, często pod zmieniającymi się nazwami, czasem pod szyldami kawiarni lub pensjonatów. Żeton z nazwą ulicy byłby dowodem. A dowodów starano się nie produkować. Dlatego kolekcjonerzy, gdy trzymają w ręku skromny, mosiężny krążek z cyfrą „1” lub „2”, czasem mówią półżartem: to może być Warszawa. To dlatego międzywojenne egzemplarze są dziś tak pożądane.


W 1944 roku miasto zostało zniszczone fizycznie, a wraz z nim zniknęły całe warstwy życia społecznego. Domy publiczne — legalne, regulowane, obecne w przedwojennym pejzażu — zniknęły niemal bez śladu. Żetony, jeśli przetrwały, stały się niemymi reliktami świata, którego nie chciano wspominać. Dlatego dziś, gdy taki mosiężny numerek pojawia się na aukcji lub w prywatnej kolekcji, nie jest tylko ciekawostką. Jest fragmentem Warszawy, której nie ma na pocztówkach.