Walka o niepodległość Algierii nie była zjawiskiem wyłącznie lokalnym. Szybko stała się jednym z centralnych punktów globalnego frontu antykolonialnego, wspieranego politycznie, propagandowo i symbolicznie przez światowy ruch komunistyczny oraz państwa bloku wschodniego. Front Wyzwolenia Narodowego funkcjonował w międzynarodowej konstelacji rewolucyjnej lewicy XX wieku — obok Kuby, Wietnamu i Palestyny — a po 1962 roku rządy Ahmeda Ben Belli jednoznacznie sytuowały Algierię w orbicie arabskiego socjalizmu i Trzeciego Świata. Rewolucja algierska była więc od samego początku sprzęgnięta z językiem antyimperializmu, sprawiedliwości społecznej i sprzeciwu wobec zachodniej dominacji.
Sama Djamila Bouhired nie była jednak ideologiczną teoretyczką ani zdeklarowaną marksistką. Nie pozostawiła po sobie tekstów, wypowiedzi ani świadectw, które pozwalałyby mówić o jej osobistych prokomunistycznych sympatiach w sensie doktrynalnym. Jej motywacje miały charakter przede wszystkim narodowowyzwoleńczy i egzystencjalny: walczyła nie o określony model ustrojowy, lecz o koniec kolonialnego upokorzenia, o godność własnego narodu i elementarne prawo Algierczyków do samostanowienia. Była córką zniewolonego kraju, nie uczennicą Marksa.
A jednak jej los i jej legenda bardzo szybko zostały wpisane w szerokie imaginarium rewolucyjnej lewicy XX wieku. Stała się ikoną antyimperialistycznego etosu epoki — symbolem oporu wobec kolonialnej przemocy, ucieleśnieniem kobiecej odwagi i niezłomności, która przemawiała tym samym językiem moralnym co rewolucje w Hawanie, Hanoi czy Santiago. W tym sensie Bouhired należała do świata lewicy nie przez deklarację ideologiczną, lecz przez samą strukturę swojego doświadczenia: przez cierpienie zadane jej przez imperialną władzę i przez bezwzględną wierność sprawie wyzwolenia innych ludzi. Jeśli więc wolno mówić o jej lewicowości, to nie była to lewica doktryny, lecz lewica czynu: milcząca, cielesna, okupiona bólem i ryzykiem, głęboko zgodna z najczystszym rdzeniem etosu rewolucyjnego — w którym nie zdradza się innych, by ocalić siebie, i nie handluje się ideałami za cenę życia.
Trudno o bardziej gorzką ironię historii niż fakt, że Francja, państwo, które lubi przedstawiać się jako kolebka praw człowieka i republikańskiej godności, nigdy nie zdobyło się na to, by imiennie przeprosić Djamilę Bouhired ani zadośćuczynić jej za tortury zadane w imię kolonialnego porządku. Jej oprawcy pozostali bezkarni, a jej cierpienie - formalnie nieistniejące w rejestrach sprawiedliwości.
Jej niezłomność była w istocie nadludzką formą godności: cichym, samotnym aktem oporu człowieka, który w najgłębszym upodleniu nie pozwolił odebrać sobie prawa do bycia sobą. Jeśli istnieje miara ludzkiej wielkości, to mierzy się ją właśnie takimi chwilami, gdy wszystko, co fizyczne i psychiczne, sprzysięga się, by człowieka zetrzeć w proch, a on mimo to pozostaje wierny innym i samemu sobie. Trzeba mieć w sobie szczególny rodzaj moralnej ślepoty, by czytać i mówić o tym spokojnie - o kobiecie rażonej prądem w genitalia, obnażanej, poniżanej i łamanej dzień po dniu - i nie poczuć, że oto dotykamy samego dna ludzkiej historii, w którym każda obojętność staje się współudziałem.
Bouhired została skazana na karę śmierci przez francuski sąd wojskowy, jednak pod wpływem międzynarodowej presji jej wyrok został złagodzony, a ostatecznie ułaskawiona i uwolniona w 1962 r. po podpisaniu porozumień z Evian kończących wojnę niepodległościową.
Francja nigdy oficjalnie nie wypłaciła jej odszkodowania ani nie przeprosiła jej imiennie za tortury. Przez dziesięciolecia państwo francuskie zaprzeczało systemowemu stosowaniu tortur w Algierii i uznawało je jako godne ubolewania przypadkowe incydenty. Dopiero bardzo późno (od lat 90. i 2000.) Francja zaczęła ostrożnie przyznawać, że tortury były stosowane, ale bez indywidualnych rekompensat dla ofiar kolonialnych.
Algieria uczyniła z niej wprawdzie ikonę narodową i bohaterkę rewolucji, ale symboliczny honor nie zastępuje zadośćuczynienia. Otrzymała status bohaterki narodowej, liczne odznaczenia i miejsce w panteonie pamięci. Nie otrzymała jednak żadnej terapii państwowej, ani żadnego realnego aktu sprawiedliwości wobec sprawców.