Warto zatrzymać się przy tej „pamięci formy”, bo to właśnie ona stanowi o sile tych prac. Formy Czapskiej wydają się znajome, choć trudno wskazać ich jednoznaczne źródło. Są jak wspomnienie ciała, ale nie konkretnego ciała. Jak echo natury wygładzone przez czas, wodę, wiatr. Obłe, zamknięte, pozbawione ostrych krawędzi, niosą w sobie coś pierwotnego, niemal archetypicznego. To rzeźby, które nie przedstawiają, lecz przywołują. I tu zaczyna się ich właściwe działanie.
Kontakt z nimi nie jest natychmiastowy. Nie odczuwamy tu efektu „pierwszego uderzenia”, który tak często dominuje we współczesnej sztuce. Czapska nie gra na efekt! Ona raczej buduje relację, i to powoli, z pewnym dystansem. Jej rzeźby wymagają czasu. Trzeba je obejść, zmienić punkt widzenia, pozwolić światłu przesuwać się po powierzchni. Dopiero wtedy zaczyna się dostrzegać, jak bardzo są głębokie i przemyślane.
Powierzchnia — gładka, dopracowana, niemal zmysłowa — nie jest tu bynajmniej efektem dekoracyjnym. Ona jest językiem. To właśnie na niej rozgrywa się dialog światła i cienia, napięcia i spokoju. Kamień przestaje być balastem, zaczyna być nośnikiem ruchu. Ruchu bardzo subtelnego, niemal niedostrzegalnego, ale obecnego, wyczuwalnego.