Obraz „Drzewo sztuki nowoczesnej” pędzla Miguela Covarrubiasa należy do kategorii dzieł, które zapamiętuje się na długo. Patrzy się na niego niemal jak na ilustrację z dawnej książki – uporządkowaną, czytelną, trochę nawet kojącą. Pień wyrasta z solidnych korzeni, gałęzie rozchodzą się logicznie, a na liściach pojawiają się nazwiska, które znamy, czasem aż nazbyt dobrze.
A jednak pod tą pozorną prostotą kryje się coś więcej niż tylko dydaktyczna mapa stylów i kierunków. Covarrubias proponuje pewien sposób myślenia o sztuce jako o organizmie, który rośnie, rozgałęzia się i żyje własnym rytmem. Nie ma tu gwałtownych zerwań ani dramatycznych przewrotów, raczej spokojna ciągłość, w której Cézanne prowadzi do kubistów, a van Gogh i Gauguin otwierają drogę ku kolejnym przemianom. Nawet najbardziej radykalne nurty wydają się naturalnym przedłużeniem wcześniejszych doświadczeń.
Można oczywiście spojrzeć na to drzewo z lekkim dystansem i zapytać, czy rzeczywiście historia sztuki jest aż tak uporządkowana, czy nie ma w niej więcej chaosu, przypadkowości, sporów i ślepych uliczek. Być może Covarrubias świadomie uprościł ten złożony krajobraz, zamieniając go w czytelną formę, która daje poczucie orientacji. I może właśnie dlatego ta ilustracja działa tak dobrze – nie jako ostateczna prawda, lecz jako propozycja, łagodna próba ogarnięcia czegoś, co w gruncie rzeczy nie daje się do końca uporządkować.
Jest w tym także pewna nostalgia za czasem, w którym wierzono jeszcze, że świat sztuki można objąć jednym spojrzeniem i zapisać w postaci drzewa, którego gałęzie nie wymykają się spod kontroli. Dziś patrzymy na ten obraz inaczej, z większą świadomością jego umowności, ale też z uznaniem dla elegancji, z jaką został pomyślany i wykonany. A mimo to pozostajemy w nie do końca uchwytnym chaosie dawnych i wciąż rodzących się stylów oraz kierunków.
👉 Więcej o sztuce i jej nieoczywistych historiach: osinska-mierzejewski.info.