Zdanie, które nie chce umrzeć
Są zdania, które nie starzeją się razem z epoką, lecz trwają jak drzazga pod skórą historii. „Adolf Hitler był jedną z pierwszych gwiazd rocka” – powiedział w połowie lat 70. David Bowie, artysta, który właśnie przeobrażał się w chłodnego, arystokratycznego Thin White Duke’a. W świecie utkanym z kokainowych bezsenności, dziwacznych wizji, paranoi i świadomie przywdziewanych kostiumów prowokacji granice między analizą spektaklu władzy a igraniem z jego cieniem zaczęły się mu niebezpiecznie rozmywać. Najbardziej znany fragment tej wypowiedzi brzmiał:
„Adolf Hitler był jedną z pierwszych gwiazd rocka. Obejrzyj jego filmy, potrafił panować nad publicznością. Był artystą medialnym. Używał polityki, a jak on się ruszał! Był prawie tak dobry jak Jagger. A kiedy zjawiał się na scenie, o rany. (…) Robił przedstawienia dla całego kraju. (…) Wmaszerowywał, żeby zabrać głos, a muzyka i światła pojawiały się w strategicznych momentach. To było jak rock’n’rollowy koncert. Dzieciaki były podekscytowane – dziewczyny oblewał pot i rumieniec, a chłopaki marzyli o tym, żeby znaleźć się na jego miejscu. To dla mnie kwintesencja doświadczenia rock’n’rolla”.
Zestawienie Adolfa Hitlera z ikoną scenicznej charyzmy – tu przywołanym Mickiem Jaggerem – brzmiało jak skandal. A jednak Bowie nie mówił o ideologii. Mówił o inscenizacji. O dramaturgii wejścia, o rytmie marszu, o świetle zapalającym się w odpowiednim momencie. O tłumie zsynchronizowanym w jednym oddechu.