SOMOSIERRA
- Legendarna szarża w wizji Wiktora Mazurowskiego -



Ilona Osińska i Piotr Mierzejewski





„Polscy szwoleżerowie pod Somosierrą” Wiktora Mazurowskiego.
Olej na płótnie, 94x 128 cm.



Są w historii Polski takie momenty, które przestały być tylko epizodami militarnymi, a stały się opowieściami o narodowym charakterze. Bitwa – a właściwie szarża – pod Somosierrą jest jednym z nich. Krótka, gwałtowna, wręcz nieprawdopodobna. Tak nieprawdopodobna, że literatura i malarstwo natychmiast przejęły ją pod swoje skrzydła i zaczęły przerabiać na mit odwagi większej niż rozsądek, poświęcenia większego niż chłodny rachunek wojskowy.


Pierwszym, który z Somosierry uczynił scenę niemal literacką, był Tomasz Łubieński, uczestnik wydarzeń. Jego opis – zwięzły, wojskowy, lecz przejmujący – przeszedł do tradycji jako fundament późniejszej mitologii. Łubieński pisał, że wąwóz był „jak gardziel dział”, a atak „szaleństwem koniecznym”, wykonanym pod presją Napoleona, który chciał przełamać front w kilkanaście minut.


W relacji jego nie ma jeszcze patosu znanego z późniejszej literatury, jest za to trzeźwa, żołnierska rejestracja faktu, że młody pułk, na czele z Kozietulskim, pędził pod górę w ogień kartaczy, a szarża, choć krwawa, wykonała zadanie, otwierając drogę na Madryt. Właśnie ta prostota stała się później polem, na którym kolejni pisarze budowali romantyczne interpretacje. Od pamiętnikarzy Wielkiej Emigracji, poprzez historyków wieku XIX, aż po literaturę szkolną II RP, Somosierra obrastała legendą jako czyn szaleńczy, ale konieczny, triumf polskiej odwagi, co granic nie zna.


Od połowy XIX wieku na rosnący mit Somosierry odpowiadało malarstwo, a jako pierwsi Jan Suchodolski i Piotr Michałowski. Polska sztuka tym samym składała hołd kilkuset chłopcom, których pęd zapisał się na wieczność w naszej historii.


Wojciech Kossak uczynił z Somosierry widowisko – ścianę koni, szabel, krzyku, lawiny, dramatycznego pędu. W jego wizji jest ona ostatecznym wybuchem romantycznego patriotyzmu, obrazem, który miał nie tylko przedstawiać, ale i wzruszać. Zarzuca mu się jednak brak precyzyjnej topografii wąwozu Somosierra i nadmierną teatralność.


Jan Styka, wierny monumentalnej stylistyce, nadał scenie patetyczną dramaturgię. U niego Somosierra to niemal kapliczne misterium ofiary: światła, dymy, uniesienia. Nie bitwa, ale objawienie bohaterstwa.


I wreszcie Wiktor Mazurowski, najbardziej „historyczny”, najbliższy dokumentowi. Jego wersja to szarża jako konkret wojenny, nie jako symbol. Mazurowski nie wzdycha, nie dopowiada legendy – on ją odtwarza z batalistyczną rzetelnością.


Dlatego właśnie jego obraz tak pięknie domyka mit. Styka nadał temu mitowi sakralność, Kossak emocję, zaś Mazurowski prawdę żołnierza. U niego nie ma patosu, kompozycja jest bardziej zimna, czysto wojskowa, pokazuje etap szarży, ale nie sam triumf. Namalował Somosierrę tak, jak widziałby ją rosyjski batalista, a więc topografia, artyleria, szyk kolumn — wszystko jest akademickie, zdyscyplinowane, zgodne z kanonem wojskowych szkół malarskich Petersburga. Widać wpływ rosyjskiej szkoły batalistycznej, np. Wasilija Wiereszczagina.


Obraz Mazurowskiego w źródłach rosyjskich nosi przydługi tytuł: „Атака Первого гвардейского польского уланского полка на испанскую батарею в сражении при Сомосьерре 30 ноября 1808 года” czyli "Atak pierwszego polskiego gwardyjskiego pułku ułańskiego na hiszpańską baterię w starciu pod Somosierrą 30 listopada 1808 roku". Dzieło to znajduje się w zbiorach Centralnego Wojskowo-Historycznego Muzeum Artylerii, Wojsk Inżynieryjnych i Łączności w Petersburgu.


Dziś, gdy mit założycielski nowoczesnego patriotyzmu coraz częściej rozprasza się w nadmiarze bieżących bodźców, Somosierra przestaje być żywym symbolem. W czasach, gdy jeszcze każde polskie dziecko znało nazwisko Kozietulskiego, a obrazy Kossaka wisiały na szkolnych korytarzach jako oczywista część imaginarium narodowego, szarża była nie tylko epizodem historycznym, lecz opowieścią o determinacji, która potrafiła wyprowadzić Polaków z narodowego letargu. Dzisiaj jednak pamięć ta blaknie — wyparta przez popkulturę, uproszczoną narrację szkolną, a często przez zwykłą obojętność na wszystko, co nie jest „tu i teraz”.


Smutne jest, że mit Somosierry, niegdyś traktowany jak fundament polskiego etosu wojennego, stał się dla wielu jedynie wzmianką z podręcznika. Zacierają się kontury bohaterów, znika świadomość skali wyczynu, a wraz z nim także pamięć o malarzach, którzy budowali ikonografię tego mitu — od Suchodolskiego i Kossaka po Mazurowskiego. W rezultacie coraz rzadziej widzimy Somosierrę jako opowieść o odwadze i szaleństwie, które bywało siłą napędową naszej historii coraz częściej traktujemy ją jak muzealny eksponat, daleki i nieobowiązujący. A przecież wciąż mógłby być lustrem, w którym Polacy uczyliby się rozpoznawać własne ambicje i słabości.