Kobieta ukąszona przez węża.
Orgazm? - Skandal na paryskim Salonie





ILONA OSIŃSKA & PIOTR MIERZEJEWSKI






Już u zarania świata pojawiła się para: Kobieta i Wąż. A zaraz potem grzech i skandal. Odtąd schemat ten powraca z zadziwiającą regularnością w kolejnych pokoleniach rodu człowieczego, jak gdyby ludzkość, mimo rozwoju cywilizacji, nie potrafiła wymyślić niczego lepszego. Jest w tym jakieś odwieczne fatum, które niestrudzenie zapładnia wyobraźnię artystów i dostarcza zajęcia strażnikom moralności. W 1847 roku własną wersję tego pradawnego dramatu przedstawił francuski rzeźbiarz Auguste Clésinger. Obszedł się bez Adama, jabłka i rajskiego ogrodu. Wystarczyły mu naga kobieta oraz niewielki wąż, by resztę dopowiedział sobie Paryż.


Winny jest wąż. Tak przynajmniej wynika z tytułu rzeźby Auguste’a Clésingera „Kobieta ukąszona przez węża” z 1847 roku. Kobieta leży naga, odchyla głowę i wygina ciało w gwałtownym skurczu. Zdać by się mogło, że powinniśmy współczuć nieszczęsnej. Tymczasem paryska publiczność powzięła podejrzenie, że ogląda coś znacznie przyjemniejszego niż skutki spotkania z jadowitym gadem. I właśnie od tej rozbieżności zaczęła się awantura, która przeszła do historii sztuki.







Nadgarstek modelki oplata wąż, który wygląda niemal jak bransoletka. Jest tak drobny, że trzeba go wręcz poszukać, podczas gdy atrakcyjne kobiece ciało przyciąga wzrok natychmiast, gdyż głowa jego dramatycznie opada do tyłu, tors pręży się, a skręt bioder już całkiem odbiera figurze spokój klasycznego posągu. Kwiaty pod ciałem dodatkowo komplikują sprawę - takie otoczenie łatwiej skojarzyć ze zmysłowym upojeniem niż z nieszczęśliwym wypadkiem. Wąż ma w tej kompozycji zadanie odpowiedzialne, choć powierzono mu tak mało marmuru.


Na Salonie w 1847 roku dzieło wywołało poważny skandal obyczajowy. W pozie kobiety rozpoznawano rozkosz seksualną, a nawet orgazm. Trudno wątpić, że efekt taki narodził się bez świadomego zamysłu artysty. Clésinger pozostawił widzom osobliwe alibi, dzięki czemu mogli długo przyglądać się poruszającej nagości, utrzymując otoczenie w przekonaniu, że ze współczuciem zgłębiają dramat ukąszenia.


Przy całej dwuznaczności tego pomysłu warto jednak spojrzeć chłodnym okiem na samą rzeźbę. Ciężki kamień wydaje się miękki i podatny na nacisk. Światło łagodnie przesuwa się po wypukłościach, po czym znika w zagłębieniach i fałdach. Ciało sprawia wrażenie uchwyconego w chwili ruchu, choć pozostaje przecież nieruchome. W tej sprzeczności tkwi duża część siły dzieła: chłodny marmur przekonująco udaje ciepłą skórę.







Za wyzywającą figurą stała konkretna kobieta - była nią Apollonie Sabatier, późniejsza muza Charles’a Baudelaire’a, rzeźbę zaś zamówił przemysłowiec Alfred Mosselman, z którym była w związku. Zamiast bezimiennej piękności z odległej mitologii pojawiła się więc na Salonie osoba należąca do współczesnego paryskiego świata! Można sobie wyobrazić, jak bardzo taka wiadomość sprzyjała skupieniu odbiorców na czysto artystycznych walorach dzieła.


Do oburzenia moralnego dołączyło zawodowe. Clésinger posłużył się odlewem ciała modelki, a naturalistyczne nierówności skóry na udach, określane dziś jako cellulit, stały się jednym z punktów sporu. Krytycy pytali, czy mają przed sobą twórczą interpretację natury, czy jej aż nazbyt mechaniczną kopię. Nie oznacza to, że gotowa marmurowa rzeźba była po prostu odlewem - odcisk ciała służył jako etap pracy nad dziełem wykonanym w kamieniu.


W tym miejscu zatrzymajmy się przy paradoksie pracy artysty. Oczekujemy od rzeźbiarza, żeby tchnął życie w kamień, ale gdy kamień zaczyna zbyt dokładnie przypominać żywe ciało, pojawiają się zastrzeżenia. Najwyraźniej pomiędzy ideałem a rzeczywistością istnieje granica, której strzegą niekiedy drobne dołeczki na udzie.






Auguste Clésinger, „Leżąca bachantka”, 1848, marmur. Petit Palais w Paryżu. Tym razem upojenie obyło się bez pomocy węża. Fot. Romainbehar, CC0.




Clésinger miał także obrońców, wśród nich Théophile’a Gautiera. Odpowiedział zresztą krytykom kolejnym dziełem, a mianowicie „Leżącą bachantką”, pokazaną na Salonie w 1848 roku. Wykonał ją w nieco większej skali, co miało odeprzeć zarzut prostego odwzorowania ciała przez odlew. Zachował natomiast zmysłowość przedstawienia. Bachantka, jako uczestniczka orszaku Bachusa, mogła już oddawać się upojeniu bez pomocy zoologii.


W Polsce nazwisko rzeźbiarza może kojarzyć się z zupełnie innym nastrojem. Clésinger, zięć George Sand, wykonał maskę pośmiertną Fryderyka Chopina oraz pomnik na jego grobie na paryskim Père-Lachaise. Ten sam artysta potrafił zatem utrwalić zarówno cielesne uniesienie, jak i żałobę po kompozytorze.


„Kobieta ukąszona przez węża” znajduje się dziś w paryskim Musée d’Orsay. Ma 180 centymetrów długości - dość, by spotkanie z nią było spotkaniem z figurą ludzkiej skali, a nie salonową figurynką.


Minęły pokolenia, zmieniły się obyczaje, lecz dwuznaczność pozy nadal jest czytelna. Można podziwiać warsztat, można rozważać granice przyzwoitości, można też zwyczajnie uśmiechnąć się do pomysłowości artysty. A Wąż Kusiciel nadal - jak przy początkach ludzkości - uczestniczy w naszym życiu.




​




O sztuce i jej nieoczywistych historiach 👉 osinska-mierzejewski.info

​.





Michałki nie tylko artystyczne

Ilona Osińska & Piotr Mierzejewski

od 2024