Sam most istniał jednak naprawdę, a historia jego budowy niewiele ustępuje legendzie. Zaprojektował go amerykański inżynier Charles Ellet junior. Konstrukcja miała połączyć brzegi głębokiego wąwozu poniżej wodospadów. Zanim można było zawiesić pomost, trzeba było rozwiązać pozornie proste pytanie: jak przeciągnąć pierwszą linkę na drugi brzeg?
Pomógł latawiec! Zimą 1848 roku zorganizowano konkurs, w którym należało znaleźć sposób, aby przeprowadzić latawiec nad wąwozem. Dokonał tego nastoletni Homan Walsh, startując swój aparat z kanadyjskiego brzegu, skąd sprzyjał mu wiatr. Jego latawiec nosił stosowną nazwę „Union” — „Unia”. Do cienkiego sznurka przywiązywano następnie coraz mocniejsze linki i liny, aż można było przeciągnąć metalową linę nośną. To już nie wiewiórcza legenda, lecz epizod opisywany przez instytucje zajmujące się dziedzictwem regionu.
Zanim powstała wygodniejsza przeprawa, nad rzeką kursował podwieszony do liny żelazny kosz. Przewożono nim ludzi i materiały, a przedsiębiorczy Ellet udostępniał tę atrakcję także turystom, pobierając dolara za przejazd. Trudno o bardziej dosłowny przykład turystyki z dreszczykiem: pod stopami nie było drogi, tylko powietrze i rwąca Niagara.
Latem 1848 roku most był gotowy. Miał około 232 metrów długości, zaledwie 2,4 metra szerokości i drewniany pomost zawieszony mniej więcej 67 metrów nad rzeką. Ellet jak wypadało osobiście przejechał nim konnym powozem. W sierpniu przeprawę otwarto dla publiczności. Smukła konstrukcja kołysała się pod wpływem wiatru i obciążenia — dla ludzi zapewne przeżycie, dla wiewiórek być może zwykły spacer.
Jak długo przetrwał ten legendarny już most? Jego dzieje ujmuje się zwykle w latach 1848–1855, czyli w okresie około siedmiu lat. Zastąpił go znacznie potężniejszy, dwupoziomowy most Johna A. Roeblinga. Przemiana następowała etapami: już w 1854 roku dolny poziom nowej konstrukcji przyjmował pieszych i pojazdy konne, natomiast 8 marca 1855 roku przejechała nią pierwsza lokomotywa. Ciekawostką jest, że starą przeprawę Elleta wykorzystano podczas budowy jako rusztowanie. Nie był to zatem finał w postaci widowiskowej katastrofy, lecz ustąpienie miejsca ambitniejszemu przedsięwzięciu.
Most Elleta wprawdzie zniknął, lecz opowieść o wiewiórkach, małych emigrantkach z Kanady przetrwała. Nie rozstrzygniemy, czy rzeczywiście przeszły po jego deskach. Możemy za to spojrzeć na czarną wiewiórkę siedzącą nad Niagarą i pomyśleć, że nie każda historia przekraczania granic musi zaczynać się od wojny, wielkiej polityki, kataklizmu albo poszukiwania złota. Czasem wystarczy most i ciekawość tego, jakie orzechy rosną po drugiej stronie.