Ćwierczakiewiczowa - pierwsza polska celebrytka kulinarna



Ilona Osińska i Piotr Mierzejewski



Warszawa w drugiej połowie wieku pary, uważana wówczas za perłę zachodniego skraju Imperium, tętniła życiem jako czwarte co do wielkości miasto carskiej Rosji — pełna kontrastów, bogactwa i biedy, gdzie polska dusza w cieniu pałaców i cerkwi opierała się obcej potędze. W mieście tym, pełnym restauracji, kawiarenek i salonów, głośno czytano gazety i gorąco dyskutowano o literaturze, polityce, ale także i o … kuchni. Wśród tych rozmów, obok nazwisk wielkich poetów, pisarzy i polityków, raz po raz padało jedno - Lucyna Ćwierczakiewiczowa.






Lucyna Ćwierczakiewiczowa (1826-1901).



Lucyna Ćwierczakiewiczowa (1826-1901) – dama o mocnym charakterze i jeszcze mocniejszym głosie – nadała polskiemu stołowi nową rangę. Gdy w 1858 roku wydała swoje dzieło "365 obiadów za 5 złotych" - nikt nie przypuszczał, że owa książka stanie się jakby biblią dla gospodyń i domowych kuchmistrzyń. Wydanie za wydaniem rozchodziło się błyskawicznie, a nazwisko Ćwierczakiewiczowej poczęło krążyć po warszawskich salonach równie żywo, co plotki o aktorach czy politykach. Bolesław Prus zareagował na jej ogromny sukces wydawniczy, gdyż książka "365 obiadów za 5 złotych" stała się istnym bestsellerem, przewyższającym nakłady dzieł Adama Mickiewicza czy samego Prusa. Z ironią zauważył, że kobiecie do zamążpójścia potrzebne są tylko trzy kwalifikacje: pełnoletniość, wolna wola i właśnie 365 obiadów.


Była kobietą niepokorną – w czasach, gdy od pań oczekiwano skromności, ona mówiła donośnie, pisała zdecydowanie i nie miała oporów, by reklamować samą siebie. Jej cięty język budził respekt, a czasem niechęć, ale nigdy obojętność. Powszechnie podśmiewano się z jej surowości, szorstkości w obejściu i pulchnej figury, lecz zauważano specyficzne poczucie humoru i dobre serce. To do jej książek zaglądano, gdy trzeba było urządzić ucztę, która miała oczarować gości.


Władysław Rabski * wspominał między innymi:


Żal mi tej starej „kucharki”, jak sama siebie nazywać lubiła. Pomimo wszystkich dziwactw, o których sto pociesznych anegdot kursowało na bruku miasta naszego, było to serce gorące i umysł bystry, przynajmniej w latach dawniejszych. Ludzie dużo wiedzą o jej groteskowych kaprysach i zwyczajach, ale mało komu wiadomo, że ta kobieta bez rozgłosu dużo dobrego działała i w pewnych chwilach życia umiała zdobyć się nawet na poświęcenie.


Ćwierczakiewiczowa była więcej niż autorką przepisów – była zjawiskiem. Uczyła, jak gotować, ale też jak prowadzić dom z godnością i elegancją. Stworzyła w tym celu coś w rodzaju szkoły kucharskiej dla panien i młodych mężatek, które własnoręcznie przygotowywały potrawy i nabierały doświadczenia w prowadzeniu domu. W jej książkach obok receptur znajdowały się rady o higienie, gospodarności, porządku – jakby chciała, by polska kuchnia była nie tylko smaczna, ale i nowoczesna. Można rzec, że wyprzedziła swoje czasy. W jej epoce bez wszechobecnego internetu, telewizji, radia, bez kolorowych magazynów i programów kulinarnych, potrafiła uczynić z własnego nazwiska wielką markę rozpoznawalną w całym kraju. Była w kuchni tym, kim dla literatury Adam Mickiewicz czy Henryk Sienkiewicz – niemal wszechobecną ikoną, do której w rozmowach ciągle się wracało. Stworzyła wokół własnej osoby markę, którą dziś nazwalibyśmy „lifestyle’ową”. Łączyła pasję kulinarną z autopromocją, a kuchnię – z kulturą miejską i nowoczesnym stylem życia.


Przez jej salon latami każdego tygodnia przewijali się uznani przedstawiciele literatury i sztuki.


Ćwierczakiewiczowa chętnie pozowała do fotografii i portretów, lubiła być obecna w gazetach i na salonach. Sama pisała felietony, uczestniczyła w spotkaniach towarzyskich i literackich, w czym przypominała dzisiejsze gwiazdy mediów. Plotkowano, że dba o własny rozgłos równie starannie, co o smak potraw. Nie znosiła, gdy ktoś ją krytykował. Gdy jedna z gazet szydziła z jej rozkazującego tonu w książkach kucharskich, miała odpowiedzieć: „Kto się boi Ćwierczakiewiczowej, ten niech głoduje!” Kiedy ktoś zwrócił uwagę, iż w jej książkach często występują przepisy na potrawy z karpia, odpowiedziała, że „karp to ryba szczęścia”, a poza tym – „nigdy nie kłóci się z autorką, która karmi tysiące polskich rodzin”.


Dziś, gdy patrzymy na wszechobecnych kucharzy-celebrytów, na blogerki kulinarne i gwiazdy programów telewizyjnych, warto pamiętać, że wszystko to zaczęło się dawno temu w Warszawie. I że pierwszą prawdziwą celebrytką kulinarną była właśnie ona – Lucyna Ćwierczakiewiczowa, dama o nieposkromionym temperamencie, której książki smakowały lepiej niż niejeden wiersz czy powieść.







Jedno z pierwszych wydań "365 obiadów za 5 złotych".



Warto poszerzyć nasz tekst przytoczeniem wspomnień kogoś *, kto był jej sąsiadem i z tej racji miał okazję obserwować ją niemal każdego dnia. Obraz ten jest, co tu wiele mówić, raczej kąśliwy i niezbyt pochlebny:


W roku 1889 przeprowadziliśmy się na Królewską 3. Mieszkali tu przeważnie ludzie zamożni i znani. Na przykład Lucyna Ćwierciakiewiczowa, autorka głośnej książki "365 obiadów", ale nie dla ubogich, tylko dla ludzi mających do dyspozycji dużo pieniędzy. Była to postać popularna w całej Warszawie, głównie z tuszy, takiej jak słynna ostatnia królowa Madagaskaru Ranavalo, co to nie mogła wejść do wagonu, bowiem ważyła około dwustu kilogramów. Ćwierciakiewiczowa schodziła ze schodów tyłem, stopień po stopniu, co trwało z pół godziny, Gdy wracała do domu, wnoszono ją na specjalnym krześle, które stało na frontowych schodach, w kąciku na parterze. Trzeba było do tego dwóch silnych ludzi. Jednym bywał nasz dozorca Mitaszewski, już do tego przyzwyczajony, ale drugiego należało zawsze szukać. Przychodziło to z trudnością, bowiem Ćwierciakiewiczowa i sama była ciężka, i jeszcze cięższa do płacenia. Uważała, że powinno się dopłacać jej za to, iż raczy dać się zanieść na pierwsze piętro. Nieraz więc dozorca biegał po ulicy i szukał chętnych. Pewnego razu taki chętny nie miał tyle sił, ile potrzeba, i w połowie drogi wypuścił nosidła. Ćwierciakiewiczowa upadła na schody. Zrobił się taki huk, iż myślano, że dom się wali. Jak ona zaczęła krzyczeć, to chyba umarłego by poruszyła. Niefortunny amator zarobku uciekł: sporo czasu upłynęło, nim znaleziono kogoś nowego.


Nieraz z bratem polowaliśmy na to, aby zobaczyć jak ją z wielka paradą wnoszą na górę.






Strona tytułowa książki Lucyny Ćwierczakiewiczowej pt.
"Baby, placki i mazurki" z roku 1861.



Gdy była w domu, cały dzień spedzała przy kuchni, mając do pomocy dwie służące. Wymyślala różne nowe potrawy. Co chwila było słychać, jak krzyczy: "podaj mąki!", "teraz cukru!", "jaj!", "uważaj bo przypali się!", "mały ogień!" ... Tak ciągle przez cały dzień. Nic dziwnego, ze doszła do takiej tuszy: cały dzień w kuchni i ciągle coś próbowała. Nie darmo zresztą napisała to epokowe dzieło "365 obiadów".






"Jedyne praktyczne przepisy wszelkich zapasów spiżarnianych oraz pieczenia ciast"
autorstwa Lucyny Ćwierczakiewiczowej, wydane w roku 1861.



Gdy poszła do teatru lub na koncert, wszędzie było jej pełno. Robiła koło swojej osoby wiele hałasu, wszędzie chciała być pierwsza. Nie lubiano jej, ale się z nią liczono, bo język miała obrotny i każdego umiała obmówić lub dopiec do żywego. O sobie samej była wielkiego mniemania - miała się za największą doskonałość w całej Warszawie.


Warto zwrócić uwagę, że autor powyższych wspomnień nazywa Ćwierczakiewiczową Ćwierciakiewiczową. I wcale nie jest on w tym wyjątkiem! To przeinaczanie nazwiska funkcjonowało często jako karykaturalny przydomek w rozmowach warszawiaków, w publicystyce i satyrze. Ćwierczakiewiczowa była częstym obiektem dowcipów i drwin. W czasopiśmie satyrycznym „Mucha” na jej temat pojawiały się wierszyki, a w roku 1899 nazwano ją „władczynią w państwie rondla i warząchwi”.


Eliza Orzeszkowa w prywatnym liście w 1881 r. napisała o Lucynie Ćwierczakiewiczowej:

Podchwytuje z radością każdy pretekst do ruszania się, propagowania, kwestowania […] jedni ludzie szanują ją naprawdę, inni boją się jej, i takich najwięcej.






Nekrolog Lucyny Ćwierczakiewiczowej.
Źródło: "Kuryer Codzienny" 27 lutego 1901 roku.



Ćwierczakiewiczowa zmarła w Warszawie 26 lutego 1901 roku o godzinie 23.15. Przyczyną jej śmierci było zapalenie płuc, na które zapadła dziesięć dni wcześniej. Pochowano ją 26 lutego na Cmentarzu Ewangelicko-Reformowanym. Pogrzeb zgodnie z jej życzeniem miał być bardzo skromny, ale i tak zjawiło się na nim wielu warszawiaków.


Dopiero dowiedziano się, że urodziła się w roku 1829 (dopiero później wyszło na jaw, że w roku 1826), że była z domu von Bachman, że pierwszym jej mężem był obywatel ziemski, Feliks Staszewski, drugim zaś Stanisław Ćwierczakiewicz, i że zachorowała nagle, W sobotę podczas robienia korekty kolejnego swojego tekstu.


Obszerny tekst poświęcony jej pamięci opublikował "Kurier Warszawski" w numerze 58 z 21 lutego 1901. Poniżej fragment tego artykułu.


Rzec można śmiało, iż po śmierci śp. Lucyny Ćwierczakiewiczowej nie stało jednej z osobliwości Warszawy. Była warszawianką z urodzenia i wychowania, zajmowała się też gorąco tem wszystkiem, co się na bruku warszawskim działo. Nie było koncertu, odczytu, rautu, na którym byś nie ujrzał żwawej niegdy, a ociężałej tuszą nadmierną w ostatnich latach pani Lucyny, nie było premiery w Rozmaitościach, na której Ćwierczakiewiczowa nie zajmowałaby stałego swojego krzesła, a siadywała na niem od lat tylu, iż, jak sama mawiała, kochała się kolejno w dwunastu amantach lirycznych i dramatycznych, zacząwszy od Piaseckiego, skończywszy na Józiu Kotarbińskim. Warszawa też uważała ją za swoją własność niespożytą, prawie niezniszczalną (...).


PRZYPISY


* Władysław Rabski. 1901. Listy z Krakowskiego Przedmieścia. - Kurier Warszawski, 3 marca. Warszawa.

** Józef Galewski, Ludwik B. Grzeniewski. 1961. Warszawa zapamiętana. Ostatnie lata XIX stulecia. - Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa.