Lucyna Ćwierczakiewiczowa (1826-1901) – dama o mocnym charakterze i jeszcze mocniejszym głosie – nadała polskiemu stołowi nową rangę. Gdy w 1858 roku wydała swoje dzieło "365 obiadów za 5 złotych" - nikt nie przypuszczał, że owa książka stanie się jakby biblią dla gospodyń i domowych kuchmistrzyń. Wydanie za wydaniem rozchodziło się błyskawicznie, a nazwisko Ćwierczakiewiczowej poczęło krążyć po warszawskich salonach równie żywo, co plotki o aktorach czy politykach. Bolesław Prus zareagował na jej ogromny sukces wydawniczy, gdyż książka "365 obiadów za 5 złotych" stała się istnym bestsellerem, przewyższającym nakłady dzieł Adama Mickiewicza czy samego Prusa. Z ironią zauważył, że kobiecie do zamążpójścia potrzebne są tylko trzy kwalifikacje: pełnoletniość, wolna wola i właśnie 365 obiadów.
Była kobietą niepokorną – w czasach, gdy od pań oczekiwano skromności, ona mówiła donośnie, pisała zdecydowanie i nie miała oporów, by reklamować samą siebie. Jej cięty język budził respekt, a czasem niechęć, ale nigdy obojętność. Powszechnie podśmiewano się z jej surowości, szorstkości w obejściu i pulchnej figury, lecz zauważano specyficzne poczucie humoru i dobre serce. To do jej książek zaglądano, gdy trzeba było urządzić ucztę, która miała oczarować gości.
Władysław Rabski * wspominał między innymi:
Żal mi tej starej „kucharki”, jak sama siebie nazywać lubiła. Pomimo wszystkich dziwactw, o których sto pociesznych anegdot kursowało na bruku miasta naszego, było to serce gorące i umysł bystry, przynajmniej w latach dawniejszych. Ludzie dużo wiedzą o jej groteskowych kaprysach i zwyczajach, ale mało komu wiadomo, że ta kobieta bez rozgłosu dużo dobrego działała i w pewnych chwilach życia umiała zdobyć się nawet na poświęcenie.
Ćwierczakiewiczowa była więcej niż autorką przepisów – była zjawiskiem. Uczyła, jak gotować, ale też jak prowadzić dom z godnością i elegancją. Stworzyła w tym celu coś w rodzaju szkoły kucharskiej dla panien i młodych mężatek, które własnoręcznie przygotowywały potrawy i nabierały doświadczenia w prowadzeniu domu. W jej książkach obok receptur znajdowały się rady o higienie, gospodarności, porządku – jakby chciała, by polska kuchnia była nie tylko smaczna, ale i nowoczesna. Można rzec, że wyprzedziła swoje czasy. W jej epoce bez wszechobecnego internetu, telewizji, radia, bez kolorowych magazynów i programów kulinarnych, potrafiła uczynić z własnego nazwiska wielką markę rozpoznawalną w całym kraju. Była w kuchni tym, kim dla literatury Adam Mickiewicz czy Henryk Sienkiewicz – niemal wszechobecną ikoną, do której w rozmowach ciągle się wracało. Stworzyła wokół własnej osoby markę, którą dziś nazwalibyśmy „lifestyle’ową”. Łączyła pasję kulinarną z autopromocją, a kuchnię – z kulturą miejską i nowoczesnym stylem życia.
Przez jej salon latami każdego tygodnia przewijali się uznani przedstawiciele literatury i sztuki.
Ćwierczakiewiczowa chętnie pozowała do fotografii i portretów, lubiła być obecna w gazetach i na salonach. Sama pisała felietony, uczestniczyła w spotkaniach towarzyskich i literackich, w czym przypominała dzisiejsze gwiazdy mediów. Plotkowano, że dba o własny rozgłos równie starannie, co o smak potraw. Nie znosiła, gdy ktoś ją krytykował. Gdy jedna z gazet szydziła z jej rozkazującego tonu w książkach kucharskich, miała odpowiedzieć: „Kto się boi Ćwierczakiewiczowej, ten niech głoduje!” Kiedy ktoś zwrócił uwagę, iż w jej książkach często występują przepisy na potrawy z karpia, odpowiedziała, że „karp to ryba szczęścia”, a poza tym – „nigdy nie kłóci się z autorką, która karmi tysiące polskich rodzin”.
Dziś, gdy patrzymy na wszechobecnych kucharzy-celebrytów, na blogerki kulinarne i gwiazdy programów telewizyjnych, warto pamiętać, że wszystko to zaczęło się dawno temu w Warszawie. I że pierwszą prawdziwą celebrytką kulinarną była właśnie ona – Lucyna Ćwierczakiewiczowa, dama o nieposkromionym temperamencie, której książki smakowały lepiej niż niejeden wiersz czy powieść.