Dziecko z Coamo.
José Campeche i godność kruchego istnienia



Ilona Osińska i Piotr Mierzejewski





José Campeche y Jordán: "Juan Pantaleón Avilés de Luna Alvarado", 1808.

Jeden z najbardziej poruszających portretów dziecięcej niepełnosprawności w malarstwie.




W dawnym malarstwie portrety ludzi dotkniętych widoczną niepełnosprawnością często sytuowały się na niebezpiecznej granicy. Z jednej strony były świadectwem ludzkiego losu, próbą ocalenia konkretnej twarzy, imienia i biografii. Z drugiej mogły łatwo stać się częścią kultury gabinetów osobliwości, w której człowiek bywał pokazywany bardziej jako przypadek niż jako osoba.


Portret Juana Pantaleóna Avilésa de Luna Alvarado, namalowany w 1808 roku przez José Campechego y Jordána, należy właśnie do takich obrazów granicznych. Nie pozwala przejść obok siebie obojętnie. Nie dlatego, że szokuje. Raczej dlatego, że jest cichy, delikatny i bolesny.


Campeche był najwybitniejszym malarzem portorykańskim przełomu XVIII i XIX wieku, twórcą portretów oraz obrazów religijnych. Smithsonian American Art Museum określa go jako najważniejszego malarza portretów i przedstawień religijnych późnoosiemnastowiecznego oraz wczesnodziewiętnastowiecznego Portoryko. Był artystą pochodzenia afrokaribskiego, synem człowieka, który sam wykupił się z niewoli, i działał w społeczeństwie kolonialnym, silnie zhierarchizowanym rasowo i społecznie.


Na obrazie jego pędzla widzimy nagiego chłopca siedzącego na miękkim posłaniu. Ciało malca pozbawione jest rąk, zaś nogi są zniekształcone i stopy skrócone.


Źródła Instituto de Cultura Puertorriqueña podają, że dziecko prawdopodobnie cierpiało na amelię, czyli wrodzony brak kończyn. Nie należy jednak zbyt łatwo zamieniać tego obrazu w diagnozę. Dla historii sztuki ważniejsze jest to, że przed nami nie znajduje się medyczny preparat, lecz dziecko o imieniu, nazwisku, miejscu pochodzenia i własnym spojrzeniu.


Juan Pantaleón Avilés pochodził z Coamo, miasta na południu Portoryko. Według informacji podawanych przez Instituto de Cultura Puertorriqueña rodzice przywieźli go do stolicy, aby przyjął sakrament bierzmowania.


Obraz miał zostać zamówiony przez biskupa Juana Alejo de Arizmendiego, mianowanego biskupem Portoryko w 1804 roku. Już sama ta okoliczność przesuwa sens przedstawienia. Chłopiec nie został namalowany tylko dlatego, że był „osobliwością”. Został wpisany w porządek religijny, rodzinny i społeczny. A jednak nie da się całkowicie uciec od niepokoju. Instytut Kultury Portorykańskiej dopuszcza interpretację tego dzieła jako swego rodzaju zapisu medycznego albo wyrazu ciekawości wobec niezwykłego przypadku. I chyba właśnie w tym napięciu tkwi siła obrazu.


Patrzymy na portret dziecka, ale czujemy również obecność świata, który chciał to dziecko obejrzeć, opisać, nazwać i zachować jako przypadek. Campeche nie poszedł jednak drogą nieczułego obserwatora. Nie stworzył sceny z grozy ani sensacji. Nie ustawił chłopca jak eksponatu. Otaczył go miękkimi poduszkami, chłodnym błękitem tkanin, jasnym tłem i subtelną koronką.


Google Arts & Culture, prezentując opis Instituto de Cultura Puertorriqueña, zwraca uwagę na misterność koronki poduszki, która potwierdza niezwykły talent Campechego jako miniaturzysty. Ten detal jest ważny nie tylko technicznie. Koronka mówi: to nie jest byle jaki zapis. To portret wykonany z uwagą, cierpliwością i czułością.


Najbardziej przejmująca pozostaje twarz. Chłopiec patrzy lekko z ukosa, jakby nie do końca obecny w świecie dorosłych, którzy go oglądają. Nie ma w tym spojrzeniu skargi. Nie ma buntu. Jest raczej melancholia, która wydaje się zbyt dojrzała jak na dziecko. Właśnie dlatego obraz działa mocniej niż przedstawienia oparte na dramatycznym geście. Campeche nie musi niczego podkreślać. Wystarczy, że pozwala dziecku być.


Warto zestawić ten portret z innymi dawnymi przedstawieniami ludzi bez rąk, choćby z wizerunkami Thomasa Schweickera, słynnego XVI-wiecznego kaligrafa, który pisał i rysował stopami. Tam niepełnosprawność zostaje niejako przezwyciężona pokazem sprawności. Człowiek bez rąk staje siędowodem triumfu woli, ćwiczenia, talentu. U Campechego jest inaczej. Juan Pantaleón niczego nie demonstruje. Nie popisuje się umiejętnością. Nie ma przed sobą pióra, księgi ani narzędzia. On po prostu siedzi i patrzy. To czyni obraz bardziej bezbronnym, ale też bardziej radykalnym. Bo portret Campechego nie mówi: „zobaczcie, co potrafi mimo kalectwa”. Mówi raczej: „zobaczcie go, zanim zaczniecie pytać, do czego jest zdolny”. To bardzo nowoczesna myśl, choć zapisana pędzlem człowieka żyjącego w kolonialnym Portoryko na początku XIX wieku.


Na dole obrazu znajduje się inskrypcja identyfikująca dziecko. To drobny, ale fundamentalny szczegół. W dawnych przedstawieniach osób „osobliwych” anonimowość bywała formą drugiego wykluczenia. Człowiek stawał się „przypadkiem”, „potworem”, „dziwem”, „cudem natury”. Tutaj mamy imię i nazwisko: Juan Pantaleón Avilés de Luna Alvarado. Źródła ARCA odnotowują tytuł dzieła, autora, datę 1808 oraz obecną lokalizację w San Juan.


Nie znaczy to, że obraz jest wolny od ambiwalencji. Przeciwnie. Właśnie dlatego jest tak ciekawy. Można w nim widzieć dokument medyczny, pamiątkę religijnego wydarzenia, portret rodzinny, kolonialną ciekawość, a nawet rodzaj wizualnego ex votum.


Ale ponad wszystkimi tymi interpretacjami pozostaje twarz dziecka. Nie przypadek. Nie diagnoza. Nie anomalia. Twarz. I może dlatego portret Juana Pantaleóna Avilésa jest tak ważny w rozmowie o dawnych wizerunkach osób z niepełnosprawnościami. Pokazuje, jak cienka była granica między współczuciem a oglądaniem, między pamięcią a ekspozycją, między portretem a katalogiem osobliwości.


Campeche tej granicy całkowicie nie usuwa. Ale nie pozwala też, by dziecko zostało po jej złej stronie. W tym obrazie jest smutek. Jest także godność. A może przede wszystkim jest obecność — cicha, bezbronna, niezaprzeczalna.


Juan Pantaleón Avilés patrzy na nas z 1808 roku i zmusza do zadawania sobie trudnych pytań, które nie należą wyłącznie do historii sztuki. To obraz, w którym kolonialna ciekawość, medyczny zapis, katolicki rytuał i autentyczne współczucie spotykają się w jednym, bardzo cichym wizerunku. Właśnie dlatego jest tak bardzo przejmujący.


👉 Więcej o sztuce i jej nieoczywistych historiach: osinska-mierzejewski.info.







MICHAŁKI

czyli to i owo sprzed lat

ILONA OSIŃSKA & PIOTR MIERZEJEWSKI

od 2024