- laska-starosci
- zaba-na-krzyzu1
- nicolas-guagnini
- trabant-pomnik
- ptak-samopoznania
- kostya-lupanov
- waldemar-schroder
- miguel-corrubias
- spodnie-wagina
- herran-satyr
- jezus-maria-incompositus
- walid-ebeid
- walid-ebeid
- walid-ebeid1
- piss-christ
- frida-kahlo
- arkhip-kuindzhi
- archip-kuindzi
- smiling-spider
- cezanne-skulls
- beata-czapska
- frida-diego-banknot
- siemiradzki-kobieta-albo-waza
- siemiradzki
- malcolm-t-liepke
- madonna-kolekcja-obrazow
- hopper-railrod sunset
- lev-trotsky
- tomasz-koper-ziarno
- tomasz-koper-ziarno
- agnieszka-wagner
- kamila-kowalik
- ekslibris
- femme-qui-pisse
- bron-jej
- juan-pantaleon
- rorris-angelika
- totem
- sasna-hitler
- picabia
- francis-picabia
Margriet van Breevoort
i gorzki Totem Człowieczeństwa
Ilona Osińska i Piotr Mierzejewski
Miguel Covarrubias, The Tree of Modern Art, ok. 1939, gwasz i tusz na papierze.
Ilustracja schematyczna przedstawiająca genealogię kierunków sztuki nowoczesnej,
od impresjonizmu i postimpresjonizmu po kubizm, fowizm, ekspresjonizm i surrealizm.
Rzeźba Margriet van Breevoort [1] „Totem for Mankind” z 2021 roku należy do tych prac, które trzeba zobaczyć w całości, aby zrozumieć ich prawdziwy sens. Pojedynczy człon kompozycji może sprawiać wrażenie osobnej, groteskowej figury: człowieka ściśniętego, złożonego, pozbawionego swobodnej postawy, przemienionego w cielesny blok. Dopiero pełny widok rzeźby/instalacji ujawnia, że nie chodzi tu o jedną zdeformowaną osobę. Mamy przed sobą kolumnę ludzi.
Praca - określana przez autorkę jako instalacja - składa się z kilku ustawionych na sobie, blokowych figur ludzkich. Każda z nich przypomina człowieka wtłoczonego w ciasny prostopadłościenny format. Widzimy twarze, ręce, stopy, fałdy skóry, fragmenty torsów, brzuchów, pośladków i piersi. Wszystko pozostaje rozpoznawalne, a zarazem wszystko zostało podporządkowane jednej zasadzie: człowiek ma się zmieścić. Ma dać się ustawić. Ma nie wystawać.
Podawane wymiary pracy (180 × 40 × 40 cm) nie odnoszą się one do pojedynczego widocznego z bliska segmentu, lecz do całej, wysokiej, smukłej kolumny. Rzeźba ma wysokość dorosłego człowieka, ale jej szerokość i głębokość są już nieludzko ograniczone.
Van Breevoort tworzy więc nie portret jednostki, lecz figurę człowieka sprowadzonego do modułu. Komentarz samej artystki potwierdza ten kierunek odczytania. Van Breevoort pisała o „Totem for Mankind”, że ludzie są dziś ze wszystkich stron otoczeni systemami kontroli: zasadami, etykietami, prawami i sztywnymi strukturami organizacyjnymi. Trzymamy się ich kurczowo, bo próbujemy nadać sens światu, który wydaje się coraz bardziej chaotyczny. Wzrost i wydajność stały się naszymi najwyższymi ideałami.
Rzeźba pokazuje więc przyszłość, w której człowiek został tak dokładnie sklasyfikowany i zorganizowany, że - jak pisze artystka - dosłownie stał się „kwadratowy”.
Ten autorski komentarz jest niezwykle ważny, ponieważ przenosi ciężar interpretacji z samej groteski ciała na szerszą diagnozę cywilizacyjną. Nie oglądamy tu dziwnego potwora. Oglądamy konsekwencję świata, który wszystko chce uporządkować, nazwać, sklasyfikować, zapisać w tabeli, przypisać do funkcji i ustawić na właściwym miejscu. Człowiek, który przez wieki chciał być miarą rzeczy, sam zostaje zmierzony, opisany i dopasowany do wymiaru.
Tytuł „Totem for Mankind” jest przewrotny. Totem kojarzy się z symbolem wspólnoty, duchową figurą przodków, znakiem pamięci, mocy i sacrum. U van Breevoort totem nie jest jednak figurą wzniosłości. Jest pionowym stosem uformowanych ciał. Pomnikiem nie triumfu ludzkości, lecz jej systemowego skompresowania.
Artystka mówi o blokowych ludzkich figurach ustawionych obok siebie i jedna na drugiej. Przypominają one sposób, w jaki już dziś sami siebie kompresujemy: w boksach biurowych, blokach mieszkalnych, wieżowcach, strukturach pracy, tabelach obowiązków, społecznych rolach i administracyjnych kategoriach. To jedna z najmocniejszych myśli tej pracy: dystopia nie jest tu odległą fantazją. Ona już się zaczęła. Rzeźba tylko doprowadza istniejącą logikę do widzialnego, cielesnego końca.
Pesymizm tej pracy polega na tym, że degradacja człowieka nie dokonuje się przez spektakularną przemoc. Nie widzimy krwi, oprawcy, narzędzi tortur ani sceny zniewolenia. Widzimy rezultat. Człowiek został tak sprawnie zorganizowany, że stał się elementem konstrukcji. Został ułożony, sklasyfikowany, ustawiony, podporządkowany i uspokojony. Nie trzeba go już niszczyć. Wystarczy go dopasować.
Van Breevoort przywołuje skojarzenie z dystopią w rodzaju „Nowego wspaniałego świata” Aldousa Huxleya 2). To bardzo ważny trop. W takim świecie ludzie istnieją przede wszystkim po to, aby wypełniać swoje społeczne funkcje. Każdy ma określone miejsce, określoną rolę i określony zakres użyteczności. Człowiek nie jest już tajemnicą, osobą, dramatem, wolnością. Jest składnikiem systemu.
Stąd filozoficzna głębia tej rzeźby. „Totem for Mankind” pyta o cenę porządku. Pyta, co zostaje z człowieczeństwa, jeśli wszystko podporządkujemy wydajności, wzrostowi, hierarchii, klasyfikacji i administracyjnej czytelności. Czy człowiek pozostaje osobą, jeśli jest traktowany przede wszystkim jako funkcja? Czy nadal jest wolny, jeśli jego miejsce zostało mu wcześniej wyznaczone? Czy może być sobą, jeśli najpierw musi pasować?
Kolumny kubistycznych figur, jak pisze sama artystka, przywołują jednocześnie bałwochwalstwo i hierarchię. To bardzo mocne rozpoznanie. Bałwochwalstwo polega tu na kulcie systemu, porządku, wydajności i wzrostu. Hierarchia — na układaniu ludzi jednych nad drugimi, jednych obok drugich, jednych jako podstawy dla innych. Ludzkość zostaje zamieniona w konstrukcję. W totem nie ducha, lecz organizacji.
W tym miejscu można odnotować różnice kolorystyczne poszczególnych członów rzeźby. Dolny segment jest jaśniejszy, środkowy ciemniejszy, górny ma odcień żółtawy. Nie ma jednak potrzeby zamykać tej obserwacji w prostym, dawnym podziale rasowym na rasę białą, czarną i żółtą. Bardziej przekonujące wydaje się odczytanie tych różnic jako znaku ludzkiej wielości: różnych ciał, odcieni skóry, typów fizyczności, indywidualnych istnień.
Ale wszystkie te różnice spotyka ten sam los. Każdy człowiek, niezależnie od koloru, zostaje poddany temu samemu mechanizmowi: klasyfikacji, upakowaniu i funkcjonalizacji. To właśnie czyni rzeźbę tak gorzką.
Współczesność chętnie mówi o różnorodności, ale van Breevoort pokazuje możliwość mroczniejszą: nawet różnorodność może zostać skatalogowana. Możemy etykietować ludzi coraz precyzyjniej, mówić o ich cechach, grupach, tożsamościach, rolach i funkcjach, a jednocześnie nie zobaczyć osoby. Im więcej etykiet, tym czasem mniej człowieka.
W tej rzeźbie szczególnie przejmujące są twarze. Zamknięte oczy nie wyglądają na spokojny sen. Raczej na rezygnację, odłączenie, stan po utracie podmiotowości. Te postacie nie patrzą na świat i nie patrzą na nas. Nie wchodzą z widzem w relację. Jakby zostały pozbawione jednego z najważniejszych gestów człowieka: spojrzenia, które mówi „jestem”.
Ciało u van Breevoort jest miękkie, cielesne, nagie i bezbronne, ale jednocześnie nieludzko podporządkowane geometrii. To napięcie decyduje o sile pracy. Z jednej strony widzimy skórę, fałdy, dłonie, stopy, ucho, pierś, brzuch — czyli wszystko to, co przypomina nam o kruchości i intymności ludzkiego istnienia. Z drugiej strony całość została wtłoczona w formę prostopadłościanu. Ciepła materia ciała przegrywa z zimną logiką modułu.
Filozoficznie rzecz biorąc, jest to rzeźba o przejściu od osoby do rzeczy. Cała tradycja humanistyczna próbowała bronić przekonania, że człowieka nie wolno sprowadzić do narzędzia, numeru, surowca, siły roboczej, roli społecznej ani biologicznego mechanizmu. Van Breevoort pokazuje świat, w którym ta granica nie zostaje zerwana gwałtownie, lecz rozpuszcza się powoli, pod pozorem rozsądku. Nie trzeba człowieka nienawidzić, aby go zdegradować. Wystarczy go skutecznie uporządkować.
„Totem for Mankind” jest rzeźbą głęboko pesymistyczną. Nie pokazuje końca ludzkości, lecz coś być może bardziej niepokojącego: jej dalsze trwanie w formie odczłowieczonej. Człowiek nie znika. Nadal ma twarz, skórę, ręce i stopy. Nadal jest biologicznie obecny. Ale jego obecność została pozbawiona wolności. Stał się elementem większej struktury.
Artystka zadaje sobie i nam pytanie: ile kosztowała nas ta wydajność? Właśnie ono mogłoby być ukrytym mottem całej pracy, bo cena okazuje się ogromna. Płacimy przestrzenią, indywidualnością, nieprzewidywalnością, duchowym pionem, prawem do niedopasowania. Płacimy tym wszystkim, co czyni człowieka czymś więcej niż funkcjonalnym elementem zbiorowości.
Na końcu zostaje gorzki totem. Nie święty, nie heroiczny, nie triumfalny. Totem człowieczeństwa skatalogowanego, złożonego w moduły i ustawionego w pion. Ludzkość jeszcze obecna, jeszcze rozpoznawalna, jeszcze cielesna — ale już prawie rzeczowa.
To największy pesymizm rzeźby Margriet van Breevoort: człowiek przetrwał, lecz został tak doskonale zorganizowany, że przestał być wolny.
Van Breevoort tworzy więc nie portret jednostki, lecz figurę człowieka sprowadzonego do modułu. Komentarz samej artystki potwierdza ten kierunek odczytania.
Van Breevoort pisała o „Totem for Mankind”, że ludzie są dziś ze wszystkich stron otoczeni systemami kontroli: zasadami, etykietami, prawami i sztywnymi strukturami organizacyjnymi. Trzymamy się ich kurczowo, bo próbujemy nadać sens światu, który wydaje się coraz bardziej chaotyczny. Wzrost i wydajność stały się naszymi najwyższymi ideałami. Rzeźba pokazuje więc przyszłość, w której człowiek został tak dokładnie sklasyfikowany i zorganizowany, że - jak pisze artystka - dosłownie stał się „kwadratowy”.
Ten autorski komentarz jest niezwykle ważny, ponieważ przenosi ciężar interpretacji z samej groteski ciała na szerszą diagnozę cywilizacyjną. Nie oglądamy tu dziwnego potwora. Oglądamy konsekwencję świata, który wszystko chce uporządkować, nazwać, sklasyfikować, zapisać w tabeli, przypisać do funkcji i ustawić na właściwym miejscu. Człowiek, który przez wieki chciał być miarą rzeczy, sam zostaje zmierzony, opisany i dopasowany do wymiaru.
Tytuł „Totem for Mankind” jest przewrotny. Totem kojarzy się z symbolem wspólnoty, duchową figurą przodków, znakiem pamięci, mocy i sacrum. U van Breevoort totem nie jest jednak figurą wzniosłości. Jest pionowym stosem uformowanych ciał. Pomnikiem nie triumfu ludzkości, lecz jej systemowego skompresowania. Artystka mówi o blokowych ludzkich figurach ustawionych obok siebie i jedna na drugiej. Przypominają one sposób, w jaki już dziś sami siebie kompresujemy: w boksach biurowych, blokach mieszkalnych, wieżowcach, strukturach pracy, tabelach obowiązków, społecznych rolach i administracyjnych kategoriach.
To jedna z najmocniejszych myśli tej pracy: dystopia nie jest tu odległą fantazją. Ona już się zaczęła. Rzeźba tylko doprowadza istniejącą logikę do widzialnego, cielesnego końca. Pesymizm tej pracy polega na tym, że degradacja człowieka nie dokonuje się przez spektakularną przemoc. Nie widzimy krwi, oprawcy, narzędzi tortur ani sceny zniewolenia. Widzimy rezultat. Człowiek został tak sprawnie zorganizowany, że stał się elementem konstrukcji. Został ułożony, sklasyfikowany, ustawiony, podporządkowany i uspokojony. Nie trzeba go już niszczyć. Wystarczy go dopasować.
Van Breevoort przywołuje skojarzenie z dystopią w rodzaju „Nowego wspaniałego świata” Aldousa Huxleya [2]. To bardzo ważny trop. W takim świecie ludzie istnieją przede wszystkim po to, aby wypełniać swoje społeczne funkcje. Każdy ma określone miejsce, określoną rolę i określony zakres użyteczności. Człowiek nie jest już tajemnicą, osobą, dramatem, wolnością. Jest składnikiem systemu.
Stąd filozoficzna głębia tej rzeźby. „Totem for Mankind” pyta o cenę porządku. Pyta, co zostaje z człowieczeństwa, jeśli wszystko podporządkujemy wydajności, wzrostowi, hierarchii, klasyfikacji i administracyjnej czytelności. Czy człowiek pozostaje osobą, jeśli jest traktowany przede wszystkim jako funkcja? Czy nadal jest wolny, jeśli jego miejsce zostało mu wcześniej wyznaczone? Czy może być sobą, jeśli najpierw musi pasować?
Kolumny kubistycznych figur, jak pisze sama artystka, przywołują jednocześnie bałwochwalstwo i hierarchię. To bardzo mocne rozpoznanie. Bałwochwalstwo polega tu na kulcie systemu, porządku, wydajności i wzrostu. Hierarchia — na układaniu ludzi jednych nad drugimi, jednych obok drugich, jednych jako podstawy dla innych. Ludzkość zostaje zamieniona w konstrukcję. W totem nie ducha, lecz organizacji.
W tym miejscu można odnotować różnice kolorystyczne poszczególnych członów rzeźby. Dolny segment jest jaśniejszy, środkowy ciemniejszy, górny ma odcień żółtawy. Nie ma jednak potrzeby zamykać tej obserwacji w prostym, dawnym podziale rasowym na rasę białą, czarną i żółtą. Bardziej przekonujące wydaje się odczytanie tych różnic jako znaku ludzkiej wielości: różnych ciał, odcieni skóry, typów fizyczności, indywidualnych istnień. Ale wszystkie te różnice spotyka ten sam los. Każdy człowiek, niezależnie od koloru, zostaje poddany temu samemu mechanizmowi: klasyfikacji, upakowaniu i funkcjonalizacji. To właśnie czyni rzeźbę tak gorzką.
Współczesność chętnie mówi o różnorodności, ale van Breevoort pokazuje możliwość mroczniejszą: nawet różnorodność może zostać skatalogowana. Możemy etykietować ludzi coraz precyzyjniej, mówić o ich cechach, grupach, tożsamościach, rolach i funkcjach, a jednocześnie nie zobaczyć osoby. Im więcej etykiet, tym czasem mniej człowieka.
W tej rzeźbie szczególnie przejmujące są twarze. Zamknięte oczy nie wyglądają na spokojny sen. Raczej na rezygnację, odłączenie, stan po utracie podmiotowości. Te postacie nie patrzą na świat i nie patrzą na nas. Nie wchodzą z widzem w relację. Jakby zostały pozbawione jednego z najważniejszych gestów człowieka: spojrzenia, które mówi „jestem”. Ciało u van Breevoort jest miękkie, cielesne, nagie i bezbronne, ale jednocześnie nieludzko podporządkowane geometrii. To napięcie decyduje o sile pracy. Z jednej strony widzimy skórę, fałdy, dłonie, stopy, ucho, pierś, brzuch — czyli wszystko to, co przypomina nam o kruchości i intymności ludzkiego istnienia. Z drugiej strony całość została wtłoczona w formę prostopadłościanu. Ciepła materia ciała przegrywa z zimną logiką modułu.
Filozoficznie rzecz biorąc, jest to rzeźba o przejściu od osoby do rzeczy. Cała tradycja humanistyczna próbowała bronić przekonania, że człowieka nie wolno sprowadzić do narzędzia, numeru, surowca, siły roboczej, roli społecznej ani biologicznego mechanizmu. Van Breevoort pokazuje świat, w którym ta granica nie zostaje zerwana gwałtownie, lecz rozpuszcza się powoli, pod pozorem rozsądku.
Nie trzeba człowieka nienawidzić, aby go zdegradować. Wystarczy go skutecznie uporządkować. „Totem for Mankind” jest rzeźbą głęboko pesymistyczną. Nie pokazuje końca ludzkości, lecz coś być może bardziej niepokojącego: jej dalsze trwanie w formie odczłowieczonej. Człowiek nie znika. Nadal ma twarz, skórę, ręce i stopy. Nadal jest biologicznie obecny. Ale jego obecność została pozbawiona wolności. Stał się elementem większej struktury.
Artystka zadaje sobie i nam pytanie: ile kosztowała nas ta wydajność? Właśnie ono mogłoby być ukrytym mottem całej pracy, bo cena okazuje się ogromna. Płacimy przestrzenią, indywidualnością, nieprzewidywalnością, duchowym pionem, prawem do niedopasowania. Płacimy tym wszystkim, co czyni człowieka czymś więcej niż funkcjonalnym elementem zbiorowości.
Na końcu zostaje gorzki totem. Nie święty, nie heroiczny, nie triumfalny. Totem człowieczeństwa skatalogowanego, złożonego w moduły i ustawionego w pion. Ludzkość jeszcze obecna, jeszcze rozpoznawalna, jeszcze cielesna — ale już prawie rzeczowa.
To największy pesymizm rzeźby Margriet van Breevoort: człowiek przetrwał, lecz został tak doskonale zorganizowany, że przestał być wolny.
* * *
PRZYPISY
[1] Margriet van Breevoort, ur. w 1990 roku w Amsterdamie, jest holenderską rzeźbiarką i autorką rysunków, absolwentką Hogeschool voor de Kunsten Utrecht, gdzie uzyskała dyplom z wyróżnieniem. W swojej twórczości posługuje się technikami hiperrealistycznymi, tworząc hybrydyczne istoty zawieszone między człowiekiem, zwierzęciem, naturą i sztucznością jej prace często wydobywają niepokój związany z podporządkowywaniem życia logice wydajności, kontroli i organizacji. Szerszą rozpoznawalność przyniosła jej rzeźba „Homunculus Loxodontus” z 2016 roku, ustawiona przy Leiden University Medical Center, która stała się internetowym fenomenem znanym w krajach postsowieckich jako „Żdun” — „ten, który czeka”.
[2] "Nowy wspaniały świat" (Brave New World, 1932) Aldousa Huxleya to jedna z najsłynniejszych antyutopii XX wieku. Pisarz przedstawił w niej społeczeństwo przyszłości podporządkowane stabilności, wydajności, konsumpcji i kontroli społecznej, w którym ludzie są od początku przeznaczani do określonych funkcji, kast i ról. Nie jest to świat brutalnego terroru, lecz pozornego komfortu: zniewolenie dokonuje się przez organizację, warunkowanie, biologiczną selekcję, rozrywkę i likwidację niepokojącej wolności. Przywołanie Huxleya w kontekście rzeźby Margriet van Breevoort podkreśla więc wizję człowieka doskonale dopasowanego do systemu — uporządkowanego, sklasyfikowanego i użytecznego, ale pozbawionego pełni indywidualnego człowieczeństwa.
👉 Więcej o sztuce i jej nieoczywistych historiach:
www.osinska-mierzejewski.info
MICHAŁKI
czyli to i owo sprzed lat
ILONA OSIŃSKA & PIOTR MIERZEJEWSKI
od 2024