Nie sposób przy tej okazji nie wspomnieć o modelce z "Morning Sun", która w czasie pozowania miał 69 lat. Była nią kobieta życia Edwarda Hoppera i zarazem jego Muza -Josephine Nivison Hopper, dla przyjaciół Jo. Prawie całe życie balansowała między własną sztuką a cieniem, w którym stawiał ją mąż.
Była malarką, zanim poznała Edwarda. Wystawiała swoje akwarele, uczyła rysunku w szkole, potrafiła zorganizować wystawę, gdy on jeszcze wahał się między architekturą a płótnem. A jednak to jej los chciał, by została „modelką Hoppera” – nie tylko w sensie artystycznym, ale i egzystencjalnym. W „Morning Sun” widzimy ją taką, jaką zapewne często była: zamyśloną, oddaloną, wpatrzoną w coś, czego inni nie dostrzegają. Hopper malował jej ciało, jej twarz, jej gesty – ale jednocześnie malował własną samotność, którą na nią nakładał.
Jo nie tylko pozowała: prowadziła szczegółowe dzienniki, notowała każdy obraz, każdą wystawę, była archiwistką jego kariery. To dzięki niej znamy tyle kulisów tej twórczości. Była jednocześnie ofiarą i powiernicą. Często sfrustrowana, często przygaszona, a jednak nieustannie obecna. I właśnie w tym tkwi paradoks: choć w oczach świata pozostała „żoną artysty”, to jej obecność przenika całe malarstwo Hoppera. Bez niej nie byłoby tych kobiecych postaci, które siedzą w kawiarniach, stoją w oknach, zasłuchane, zapatrzone, zagubione. Jo była dla Hoppera lustrem i światłem zarazem. Lustrem – bo odbijała jego samotność. Światłem – bo to na nią padał promień dnia, który on utrwalał na płótnie. Można powiedzieć, że tak jak ona zapisała jego życie w dziennikach, tak on zapisał jej istnienie w obrazach. I kiedy dziś patrzymy na „Morning Sun”, widzimy nie tylko Hopperowską wizję samotnego poranka. Widzimy też kobietę, która wbrew wszystkiemu była jego słońcem.
W dziennikach Jo widać postępującą rezygnację: odnotowuje precyzyjnie kolejne jego płótna, a o swoich mówi niewiele. Z biegiem lat niemal przestaje malować. Jej twórczość została zapomniana, zniknęła z wystaw, a pamięć o niej przetrwała głównie jako o „żonie Hoppera”. A jednak, gdy patrzymy dziś na jej zachowane akwarele, widać, że miała własny głos – ciepły, kobiecy, pełen empatii wobec codzienności. Być może inny niż chłodne, monumentalne wizje Edwarda, ale równie nam, ludziom, potrzebny.
Jo zapłaciła wysoką cenę miłości i lojalności: jej sztuka utonęła w cieniu sztuki męża. A jednak paradoksalnie to właśnie ona uratowała pamięć o nim, bo bez jej dzienników i zapisków nie wiedzielibyśmy tyle o warsztacie, inspiracjach i codziennym życiu Hoppera. Można powiedzieć, że historia sztuki niesprawiedliwie uciszyła jej głos, lecz jej obecność nie zniknęła: żyje w każdej kobiecej postaci na obrazach Edwarda. Jo, choć niedoceniona, stała się nieśmiertelna – nie przez własne wystawy, lecz przez to, że była duszą światła, które on malował. Los jej chyba każdego z nas nasącza melancholią ...