Edward Hopper i jego Muza.
"Morning Sun" na francuskim znaczku pocztowym



Ilona Osińska i Piotr Mierzejewski






Jest dla nas coś wzruszającego w tym, że obraz Edwarda Hoppera (1882-1967), malarza amerykańskiej samotności i światła codzienności, znalazł swoje miejsce na francuskim znaczku pocztowym. „Morning Sun” – kobieta w porannym blasku, zapatrzona w otwarte okno – przemienił się w miniaturę, którą każdy mógł nakleić na list i wysłać w świat. Francuzi wybrali go nieprzypadkowo. Hopper był w ich oczach Amerykaninem, który potrafił mówić o uniwersalnym doświadczeniu: o ciszy, o chwilach zawieszenia, o samotności, która tak bliska jest duszy współczesnego człowieka. Wydanie tego znaczka stało się więc czymś o wiele większym niż tylko filatelistyczną ciekawostką – było hołdem złożonym artyście, którego malarstwo potrafiło dotknąć serc po obu stronach Atlantyku.


Naklejony na kopertę, „Soleil du matin” niósł ze sobą coś osobistego: list opatrzony znaczkiem z Hopperem nabierał tonu intymnego, jakby adresat miał otrzymać nie tylko słowa, ale i kawałek światła z obrazu. Można sobie wyobrazić, że gdzieś w Paryżu czy w małym francuskim miasteczku, ktoś otwierał kopertę, a na niej widniała postać kobiety z poranka sprzed siedemdziesięciu lat. W tym drobnym geście – w tym „listowym” Hopperze – kryje się symboliczny pomost między Ameryką a Europą. Obraz, który opowiada o samotności jednostki, stał się narzędziem komunikacji, podróżował na kopertach, docierał do przyjaciół, rodzin, zakochanych. Światło poranka, które Hopper utrwalił na płótnie, zamieniło się w światło listu, biegnącego przez kontynenty.






Karta pocztowa pierwszego dnia obiegu.



Znaczek, który omawiamy, o nakładzie 2 milionów, wydrukowano metodą heliograwiury, co zapewniło skopiowanie dzieła o bardzo wysokiej jakości. Był on przeznaczony na listy priorytetowe 50-100 g.


Autorką opracowania graficznego znaczka i projektu stempla pierwszego dnia obiegu była Sarah Lazarevich. Pierwszym dniem obiegu wyznaczono dzień 3 lutego 2012, zaś 6 lutego stał się dniem emisji czyli sprzedaży ogólnej.


Znaczek wycofano ze sprzedaży 30 listopada 2012 roku.






Karta pocztowa pierwszego dnia obiegu.





Nie sposób przy tej okazji nie wspomnieć o modelce z "Morning Sun", która w czasie pozowania miał 69 lat. Była nią kobieta życia Edwarda Hoppera i zarazem jego Muza -Josephine Nivison Hopper, dla przyjaciół Jo. Prawie całe życie balansowała między własną sztuką a cieniem, w którym stawiał ją mąż.


Była malarką, zanim poznała Edwarda. Wystawiała swoje akwarele, uczyła rysunku w szkole, potrafiła zorganizować wystawę, gdy on jeszcze wahał się między architekturą a płótnem. A jednak to jej los chciał, by została „modelką Hoppera” – nie tylko w sensie artystycznym, ale i egzystencjalnym. W „Morning Sun” widzimy ją taką, jaką zapewne często była: zamyśloną, oddaloną, wpatrzoną w coś, czego inni nie dostrzegają. Hopper malował jej ciało, jej twarz, jej gesty – ale jednocześnie malował własną samotność, którą na nią nakładał.


Jo nie tylko pozowała: prowadziła szczegółowe dzienniki, notowała każdy obraz, każdą wystawę, była archiwistką jego kariery. To dzięki niej znamy tyle kulisów tej twórczości. Była jednocześnie ofiarą i powiernicą. Często sfrustrowana, często przygaszona, a jednak nieustannie obecna. I właśnie w tym tkwi paradoks: choć w oczach świata pozostała „żoną artysty”, to jej obecność przenika całe malarstwo Hoppera. Bez niej nie byłoby tych kobiecych postaci, które siedzą w kawiarniach, stoją w oknach, zasłuchane, zapatrzone, zagubione. Jo była dla Hoppera lustrem i światłem zarazem. Lustrem – bo odbijała jego samotność. Światłem – bo to na nią padał promień dnia, który on utrwalał na płótnie. Można powiedzieć, że tak jak ona zapisała jego życie w dziennikach, tak on zapisał jej istnienie w obrazach. I kiedy dziś patrzymy na „Morning Sun”, widzimy nie tylko Hopperowską wizję samotnego poranka. Widzimy też kobietę, która wbrew wszystkiemu była jego słońcem.


W dziennikach Jo widać postępującą rezygnację: odnotowuje precyzyjnie kolejne jego płótna, a o swoich mówi niewiele. Z biegiem lat niemal przestaje malować. Jej twórczość została zapomniana, zniknęła z wystaw, a pamięć o niej przetrwała głównie jako o „żonie Hoppera”. A jednak, gdy patrzymy dziś na jej zachowane akwarele, widać, że miała własny głos – ciepły, kobiecy, pełen empatii wobec codzienności. Być może inny niż chłodne, monumentalne wizje Edwarda, ale równie nam, ludziom, potrzebny.


Jo zapłaciła wysoką cenę miłości i lojalności: jej sztuka utonęła w cieniu sztuki męża. A jednak paradoksalnie to właśnie ona uratowała pamięć o nim, bo bez jej dzienników i zapisków nie wiedzielibyśmy tyle o warsztacie, inspiracjach i codziennym życiu Hoppera. Można powiedzieć, że historia sztuki niesprawiedliwie uciszyła jej głos, lecz jej obecność nie zniknęła: żyje w każdej kobiecej postaci na obrazach Edwarda. Jo, choć niedoceniona, stała się nieśmiertelna – nie przez własne wystawy, lecz przez to, że była duszą światła, które on malował. Los jej chyba każdego z nas nasącza melancholią ...