Brak jest jakichkolwiek informacji, aby Ewie zdarzało się pić nadmiernie. Bardziej niż alkohol lubiła kawę, słodycze i koktajle mleczne, a jej największym nałogiem było opalanie się, ćwiczenia fizyczne i ... filmowanie kamerą 16 mm.
W dramatycznych dniach życia, w bunkrze w Berlinie w kwietniu 1945 Ewa Braun także zachowywała spokój i trzeźwość. Świadkowie (Traudl Junge i Rochus Misch) wspominali, że nawet w ostatnich godzinach odmówiła alkoholu. Wtedy, gdy pozostali uczestnicy dramatu w ponurym bunkrze łagodzili lęki koniakiem i winem, Ewa Braun pozostała trzeźwa. Nie chciała pewnie, by jej wspólna śmierć z Hitlerem została skażona tym, co Führer potępiał przez całe życie.
W ostatnich godzinach, jak wspominała sekretarka Traudl Junge, Ewa Braun była spokojna, pogodzona, a nawet ciepła wobec innych. Podczas gdy wokół panował chaos, ona ubrała się starannie — w niebieską suknię, ulubioną biżuterię — i powiedziała: „Chcę umrzeć tak, jak żyłam – przy nim.” Wypiła jedynie sok owocowy, przyjęła cyjanek.
Historia Ewy Braun wobec abstynencji Hitlera to opowieść o konflikcie między ludzką naturą a ideologicznym rygorem. Jej drobne gesty – kieliszek wina, taniec, ukradkowo wypalony papieros, opalanie się w słońcu – były cichym protestem przeciw światu, który chciał pozbawić człowieka wszystkiego, co zwykłe, ciepłe i zmysłowe.
Ewa Braun nie była jedynie towarzyszką tyrana, lecz również – nieświadomie – jego antytezą: kobietą, która próbowała ocalić człowieczeństwo w miejscu, gdzie triumfowała ideologia nazistowskiej "czystości". Kiedy wiosną 1945 roku świat wokół niej rozsypywał się w gruzy, nie miała już złudzeń. Wiedziała, że Rzesza przegrała, że Führer nie jest już ani wodzem, ani prorokiem, lecz starym, ciężko chorym, złamanym człowiekiem w ciemnym bunkrze. A jednak nie odeszła. Nie dlatego, że była ślepa. Raczej dlatego, że całe jej życie – od dziewczęcych lat w Monachium – związało się z nim tak nierozerwalnie, iż bez niego nie potrafiła wyobrazić sobie własnego istnienia. Miała wtedy zaledwie trzydzieści trzy lata, a mimo to wybrała śmierć, nie z rozkazu, lecz z lojalności.
Nie była żołnierzem, nie była bohaterką, była kobietą, która trwała przy mężczyźnie, gdy wszystko inne się zawaliło. Ta wierność – choć tragiczna i splamiona – ma w sobie coś z antycznej miłości, która nie zna rachunku win. W pewnym sensie to właśnie ona, a nie armie, towarzyszyła Hitlerowi naprawdę do końca jak ostatni ludzki cień przy jego boku, ostatnie ciepło w bunkrze, gdzie umarły wszystkie nadzieje.
Albert Speer powiedział: „Była z nim, bo wierzyła w niego jako człowieka, nie jako Führera. To czyniło ją jedyną naprawdę lojalną osobą w jego świecie.” Z kolei Traudl Junge, sekretarka Hitlera wspominała: „Ewa Braun była jedyną osobą w bunkrze, która nie udawała. Nie mówiła o polityce, nie oskarżała nikogo. Wiedziała, że to koniec, a jednak trwała przy nim – spokojna, łagodna, zaskakująco godna.”