Oto fragment artykułu Kamińskiego-Durocher:
Słowa jego świadczą o maksymalnym rozgoryczeniu artysty, który z pozoru uzyskał wszystko , czego nieomal może żądać od życia. Wszystki poza ... poczuciem społecznego uzasadnienia dla swojego miejsca w społeczeństwie, społecznej funkcji swojej sztuki.
Oto co pisze Picasso:
Kiedy byłem młody, jak wszyscy młodzi posiadałem religię sztuki, wielkiej sztuki, ale z latami zauważyłem, że sztuka taka, jak ją rozumiano od roku 1800, przestała istnieć, że jest umierająca, skazana i że ta niby olbrzymia aktywność artystyczna z całą swoją wielorakością jest tylko manifestacją tej agonii.
Ludzie coraz mniej interesują się malarstwem, rzeźbą czy poezją i pomimo innych pozorów dzisiejsi ludzie całą swoją pasję skierowali w innym kierunku: maszyna, odkrycia naukowe, bogactwo, panowanie nad siłami natury, nad ziemią i nad ziemiami świata, oto dziedziny, którymi żyje współczesna ludzkość. Nie odczuwamy już sztuki jako potrzeby życiowej, jako konieczności duchowej, jak to było w poprzednich wiekach.
Wielu spośród nas kontynuuje swój zawód artysty, ale zajmujemy się sztuką z przyczyn mających niewiele wspólnego z prawdziwym powołaniem artysty. Czynimy to raczej przez naśladownictwo, przez tęsknotę za tradycją, przez siłę własnego zastoju, przez upodobanie ostentacji i luksusu, przez ciekawość intelektualną i w końcu z powodu nudy i z powodu chęci zysku.
Żyjemy wciąż jeszcze przyzwyczajeniami i snobizmem, który pozostał nam z niedawnej przeszłości, ale ogromna większość ludzkości z wszystkich środowisk i nie posiada już szczerego zapału do sztuki, którą uważa się co najwyżej za rozrywkę pozwalająca spędzić czas oraz za ornament ...
Powoli nowe pokolenia zakochane w mechanice i w sporcie, bardziej szczere, bardziej cyniczne i bardziej brutalne zostawią sztukę w muzeach i bibliotekach, jako niezrozumiałą i niepotrzebną relikwię przeszłości.
Z chwilą, gdy sztuka przestaje być pożywieniem, które żywi najlepszych w społeczeństwie, artysta może manifestować swój talent we wszystkich nowych poczynaniach i formułach, we wszystkich fantazjach, we wszystkich wybiegach szarlatanerii intelektualnej. Ludzie już nie szukają w sztuce ani pocieszenia, ani egzaltacji. Ale wyrafinowani bogacze nie wiedzący co robić z czasem, destylatorzy subtelności szukają nowości, niezwykłości, oryginalności, dziwności i skandalu.
I ja od czasów kubizmu zadowalałem tych panów i tych krytyków wszystkimi rozlicznymi dziwactwami, które mi przyszły do głowy. I im mniej rozumieli, tym bardziej podziwiali. Itak zabawiając się wszystkimi owymi grami i dowcipami, wszystkimi zagadkami, rebusami i arabeskami stałem się sławny i to bardzo szybko. A sława znaczy dla malarza: sprzedaż, zarobki, fortunę, bogactwo.
Dzisiaj, jak wiecie, jestem sławny i bardzo bogaty. Ale kiedy jestem sam na sam z sobą, nie mam odwagi, aby uważać się za artystę w wielkim i starożytnym tego słowa znaczeniu.
Wielkimi malarzami byli: Giotto, Tycjan, Rembrandt i Goya. Ja jestem tylko zabawiaczem publiczności, który zrozumiał swój czas. Jest to gorzka spowiedź, bardziej bolesna niżby się wydawało, ale ma tę wartość, że jest szczera.