RUDA Z MONCIAKA
- Legenda sopockiego półświatka -



Ilona Osińska i Piotr Mierzejewski






W dziejach każdego dużego miasta zapisują się w ludzkiej pamięci niezwykłe i atrakcyjne kobiety z półświatka, rozpalające żądze i marzenia mężczyzn. Jedne z nich żyły tylko w legendach, jak słynna warszawska Czarna Mańka czy jej ruda imienniczka z Powiśla, inne rzeczywiście paradowały po prawdziwych ulicach i zadawały szyku w nocnych lokalach. Te pierwsze rodziła niesprawdzona plotka lub wyobraźnia, jak słynną warszawską Czarną Mańkę czy jej rudą imienniczka z Powiśla. Te drugie były realnymi postaciami, przetwarzanymi z czasem w miejskie legendy.


Ma swoją kobietę-legendę i Sopot, perła Bałtyku. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku był on niczym diament osadzony w plebejskiej koronie PRL-u, ale pod jego atrakcyjnie błyszczącą powłoką, krył się półświatek, w którym ludzie grali o wszystko: o życie, pieniądze, ciało, odrobinę luksusu i zapomnienia. Sopot był swego rodzaju polską witryną eksportową – festiwal w Operze Leśnej, molo, Grand Hotel. Ale nocą toczyło się równoległe życie: luksusowa prostytucja, nielegalny obrót dewizami, „opieka” nad zagranicznymi gośćmi i marynarzami, przemyt. W najlepszych lokalach (Grand Hotel, Fantom, Kamienna, potem Marina) pracowały kobiety uchodzące za „towarzyszące elitom” – eleganckie, świetnie ubrane, znające języki.


W latach siedemdziesiątych niekoronowaną królową Sopotu w oczach wielu była Ruda. Po prostu Ruda, tak o niej mówiono, jakby nie miała imienia, ani nazwiska. Była zawsze tam, gdzie tętniło życie: na Monciaku, w „Grandzie”, czasem pod kasztanami przy molo. Wysoka, prześliczna, o figurze rozpalającej męską wyobraźnię. Miała włosy jak płomień i spojrzenie, który potrafiło rozbroić każdego, nawet funkcjonariuszy i cywilnych wywiadowców wszechobecnej Milicji Obywatelskiej. Widywano ją w towarzystwie peerelowskich playboyów, bogatych zagranicznych turystów, aktorów, cinkciarzy, a przede wszystkim ludzi, którzy „znali kogo trzeba”. Mówiono, że nawet władza ludowa bała się ją ruszyć, bo miała na wszystkich papiery. Wiedziała, jak mówić, jak się poruszać, jak patrzeć, żeby być pożądaną i zapamiętaną. Potrafiła sprawić, że każde spojrzenie wzdłuż ulicy Monte Cassino kończyło się na niej.


Prowadziła życie swobodne, kobiety prawdziwie wyzwolonej, bardzo kapryśnej, lubującej się w luksusie, często zmieniającej partnerów. Nie zaliczano jej początkowo do kategorii luksusowych prostytutek, bo przewyższała je o klasę i była raczej klasą dla samej siebie. Nazywano ją wręcz kobietą światową. Sopot miał miał własny przebogaty półświatek prostytucyjno-walutowy związany z turystami, zagranicznymi marynarzami i lokalnymi „cinkciarzami”, a Ruda była gwiazdą tego układu.


Czas biegnie jednak nieubłaganie. Pojawiały się młodsze dziewczyny, bardziej zasługujące na określenie „towar eksportowy”. Ruda coraz mocniej piła i zaczęła być wypychana z lokali klasy „lux”. Wypadła z Grandu, i z eleganckich dancingów do knajp znacznie niższej ragfi, typowych dla PRL-u przełomu lat 70. i 80. Widywano ją potem tylko w obskurnych pijalniach piwa, barach przydworcowych i spelunkach. Z dawnej królowej hoteli klasy lux przekształciła się w postać nazywaną królową Monciaka, nocą terenu łowów dla waluciarzy, dziewczyn do towarzystwa i pijaków. Ruda była tam legendą, żywym symbolem upadłej elegancji PRL.


Z wiekiem i alkoholem stoczyła się do knajp można rzec lumpenproletariackich, gdzie brała honorarium w wódce. Podobno zmarła w skrajnej nędzy, uduszona w pijackim amoku przez młodszego o 20 lat partnera w styczniu 1992 r.


Ruda z Monciaka pochowana została bez nazwiska, w zbiorowej mogile na sopockim cmentarzu. Policjant, który spisywał protokół z miejsca zbrodni, miał ponoć powiedzieć: "Dla mnie to koniec epoki. Ona była ostatnią, która pamiętała Sopot z klasą." Czy naprawdę to był Sopot z klasą?


Przedstawiając jej historię, oparliśmy się głównie na rozmowach ze zmarłym parę lat temu Jackiem Sobotą, kapitanem żeglugi wielkiej. Sobota poznał ją osobiście w latach 70., gdy był jeszcze oficerem Marynarki Wojennej. Przyznał, że zrobiła na nim oszałamiające wrażenie, widywał ją jeszcze przelotnie w następnej dekadzie, docierały do niego, jak do wielu innych marynarzy krążące o niej plotki.


Ta opowieść jest cząstką "ciemnej" legendy Sopotu. To nie jest tylko plotka o jednej prostytutce – to portret całego systemu: jak wyglądał seks-biznes w kurorcie PRL, jak te kobiety były traktowane, jak szybko się je „wypychało” w dół drabiny po utracie młodości i jak zwykle kończyły.