Przedwojenny Sopot - jaskinia gry i hazardu



- Piotr Mierzejewski & Ilona Osińska -





Hotel Kasino w międzywojniu. Stara pocztówka.




W II Rzeczypospolitej stosunki polsko-żydowskie okazały się jednym z poważnych problemów natury społecznej. Część ówczesnej prasy otwarcie dawała wyraz antysemickim poglądom, a "Gazeta Warszawska" należała do najważniejszych tytułów, które były związane z antyżydowską ideologią. Artykuły krytyczne wobec społeczności żydowskiej pojawiały się głównie w pismach związanych z ruchami nacjonalistycznymi, zwłaszcza z Narodową Demokracją. Takie teksty w mniej lub bardziej agresywnej formie oskarżały Żydów o stwarzanie różnorodnych problemów natury gospodarczej i społecznej. Prowadziło to do wybuchów przemocy, bojkotów żydowskich sklepów czy ograniczeń wobec społeczności żydowskiej.



Przedstawiamy poniżej stosunkowo łagodny tekst antysemicki, który wyszedł spod ręki Andrzeja Lubicza, korespondenta dziennika "ABC - Nowiny Codzienne". Artykuł, noszący tytuł "Sopoty - jaskinia gry i hazardu", ukazał się drukiem 5 sierpnia 1937 roku. Warto nadmienić, że publikująca go gazeta, mająca wyraźnie narodowo-radykalny charakter, była finansowana przez faszystowskie Włochy. Znaleźć w niej można było m.in. propozycje oznaczanie Żydów żółtymi łatami, naszywanymi na ubrania oraz wydzielania dla nich specjalnych wagonów kolejowych.


Reportaż Andrzeja Lubicza wydaje się nam wart przypomnienia, gdyż rzuca nieco światła na działalność sopockiego kasyna, słynnego w międzywojniu na całą Europę. Zachowaliśmy w jego tekście charakterystyczną pisownię, stąd "żyd" a nie "Żyd" i "Bakarat" a nie "bakarat", aby nie pozbawiać go swoistego kolorytu. Dobór ilustracji jest nasz własny.






Kasino-Hotel na fotografii z materiałów reklamowych.





Sopoty - jaskinia gry i hazardu.​

Jak żydzi polscy mimo ograniczeń dewizowych pozostawiają w kasynie tysiące złotych




Sopoty w sierpniu


Korzystając z pobytu na terenie Wolnego Miasta Gdańska wybieram się wieczorkiem do położonych od Gdańska o kilkanaście kilometrów Sopot. Naturalnie od razu kieruję się do świetnie i sprytnie reklamowanego kasyna , gdzie dziennie kilka tysięcy osób zgrywa się w Bakarata i ruletę.


Nie chcą dziennikarza


Zaraz na wstępie krótka przeprawa. Muszę wykupić kartę wstępu za 1 zł 50 gr. Ponieważ karta ta jest imienna muszę okazać urzędniczce dowód osobisty. Długo urzędniczka dowód ten sprawdzała, ważyła, namyślała się, wreszcie oświadczyła, że wpuścić mnie do kasyna nie może ... bo wszystkie karty wstępu są wyprzedane. W rzeczywistości chodziło o maleńkie słowo umieszczone w dowodzie "dziennikarz". Przed tym słowem dyktatorzy kasyn drżą. Nic ich tak nie prześladuje, nic tak nie nęka jak to małe słowo.


Grają głównie żydzi


Naturalnie nie rezygnuję z obejrzenia własnymi oczami tajemniczego kasyna. Następuje krótka lecz ostra wymiana słów i wkrótce z kartą wstępu w ręku idę do "jaskini". Przechodzę powoli przez kilkanaście kolejno po sobie następujących sal gry. Wszystkie są zapełnione. W każdej sali znajduje się po 3-4 stoły do rulety i Bakarata (chemin de fer). Wokół każdego stołu ścieśnione towarzystwo. Chłodni na pozór z grubymi cygarami w zębach żydzi i roztrzęsione, roznamiętnione i pochłonięte grą żydówki. Tak żydzi i żydówki - trzeba to z naciskiem podkreślić. Co dziesiąty osobnik znajdujący się w salach gry wygląda na aryjczyka (bo czy jest nim nie mogę ręczyć). I znów należy podkreślić, że aryjczycy trzymają się na ogół z daleka, do gry na ogół się nie wtrącają. Są widzami. Wszyscy gracze w dziewięćdziesięciu procentach to międzynarodowi żydzi. Może dlatego sopocka jaskinia nosi oficjalną nazwę "Międzynarodowe Kasyno Gry w Sopotach".


Tajemnice sal gry


Na salach gry panuje dziwna atmosfera: powietrze przesycone dymem cygar i papierosów jest tak gęste, że aż trudno oddychać. Człowiek nieprzyzwyczajony do tej atmosfery musi często wychodzić na świeże powietrze, bo w przeciwnym wypadku zemdlałby. Na salach panuje gwar, który zagłuszają co jakiś czas wybuchające - jak tu się mówi - głośne rozmowy. W rzeczywistości są to sprzeczki, które niekiedy przeobrażają się w ostre kłótnie, a nawet rękoczyny. Sprzeczki takie są skrzętnie łagodzone przez gęsto w salach rozsianych wytwornych "wyfraczonych " panów. Nierzadko wprawne oko obejrzeć może jak taki elegancki pan podchodzi do bardziej roznamiętnionego i kłótliwego gracza i prosząc go na krótką rozmowę wyprowadza do osobnego pokoju, skąd już do kasyna nie ma powrotu. Tak delikatnie usuwa się niepożądanego gościa. Mimo to zdarzają się nieraz większe kłótnie, a nawet okropne tragedie. Nieraz już mury kasyna zostały zbroczone krwią zgranego i dlatego zrozpaczonego, nie widzącego wyjścia bywalca, a jeszcze częściej były powodem niejednej tragedii, która rozegrała się poza ich obrębem.






Fragment jednej z sal do gry w ruletę w sopockim kasynie.



Przyjrzyjmy się jednak graczom. Podchodzę do stołu, gdzie wszyscy pochłonięci są ruletą. Zdawałoby się, że wokół panuje ogromna cisza, co jakiś czas słychać tylko donośny głos krupiera i głuchy brzęk przesuwanych sztonów. Chłodny obserwator nie pochłonięty grą słyszy jednak wokół siebie ciche rozmowy, naturalnie prowadzone po niemiecku. Co jakiś czas wyrwie się z usta niejednego takiego "Niemca" polskie soczyste przekleństwo. Żydzi polscy trzymają się bowiem tej zasady, za granicą (a Gdańsk uważają za zagranicę) nie wypada mówić po polsku. Zresztą tu między "hitlernikami" niebezpiecznie. Czasami tylko (a to "czasami" zbyt często się zdarza) wskutek nieopanowania wyrywa się polskie przekleństwo.




Zajście z hitlerowcem


Rozglądam się za Polakami, za Niemcami, za ... no przecież to międzynarodowe kasyno. Rzeczywiście spotykam Niemca, nawet autentycznego hitlerowca w brunatnej koszuli ze swastyką na rękawie. Przyszedł, poszeptał z jakimś "wyfraczonym" i wyszedł. Wkrótce ów wyfraczony podszedł do jednego z graczy, zamienił z nim kilka słów i wraz z nim opuścił salę. Zaciekawiony poszedłem w ich ślady. W osobnym pokoju, niestety dla mnie niedostępnym, rozegrała się charakterystyczna scena. Przez drzwi usłyszałem tylko kilka urywanych zdań. po czym zobaczyłem owego gracza, wychodzącego pod rękę z umundurowanym hitlerowcem z kasyna. Zrozumiałem: był to Niemiec. Im grać tu nie wolno. Ich pieniądze rezerwowane są na inne, poważniejsze cele.


Długo się jeszcze rozglądałem za Niemcami na salach gry. Niestety, żadnego nie zobaczyłem.






Wielka sala w sopockim kasynie do gry w bakarat. Pocztówka reklamowa.



Dwa światy


Kasyno sopockie dziwnie odbija się od całego miasta, które tonie w hitlerowskich flagach, na ulicach aż brunatnych od hitlerowskich mundurów, widać podnoszące się ręce z entuzjazmem w hitlerowskim pozdrowieniu ręce. W kasynie inny świat. Taki nam, Polakom dobrze znany, świat żydowski.


I dziwnym by się wydawał ten kontrast. Jak to, nikogo więcej nie ma, tylko żydzi i hitlerowcy? Dwa odrębne zwalczające się światy. I nie dochodzi między tymi światami do starć? Nie ma tu w Sopotach żadnych pogromów?


Tak, hitlerowcy znoszą to niezliczone mrowie żydowskie. Publiczną jest bowiem tajemnicą, że organizacje hitlerowskie w Gdańsku czerpią ogromne zyski właśnie z sopockiego kasyna. Sopoty to jest jeden z najpoważniejszych środków stałego dochodu. Dziwne jest tylko skąd żydzi polscy biorą te tysiące złotych, które tu w kasynie codziennie, mimo ograniczeń dewizowych zostawiają. Z Niemiec na pewno nie przywożą, w Gdańsku nie zarabiają, bo są tu w Sopotach na wywczasach. A więc?... szmugiel przez granice polską. Alterum non datur.


Sopoty to jeszcze jeden objaw obłudy żydowskiej: tam gdzie chodzi o interes i namiętności, tam nie ma żadnej złości ... nawet do hitlerowców.






Żeton wartości 100 000 guldenów. Zdjęcie pochodzi z katalogu Aleksandra M. Kuźmina.



W uzupełnieniu tekstu Andrzeja Lubicza z roku 1937, cytujemy fragment artykułu na temat sopockiego kasyna, jaki ukazał się w "Dzienniku Bałtyckim" w roku 2013. Cytat podajemy za stroną www.notgeld.com.pl.


W latach 30-tych Polacy zaczęli bojkotować ten "przybytek rozpusty", który budził też zgorszenie zwłaszcza wśród wierzących mieszkańców i letników. Tajemnicą nie było bowiem, że bogatym mężczyznom towarzyszyły tam przygodnie poznane kobiety. W prasie zaczęły się pojawiać listy z nazwiskami urzędników, którzy grywali w kasynie. Poza tym do zakładów pracy zaczęły docierać anonimy, że dany pracownik jest niegodny zaufania, bo grywa w sopockim kasynie. Mieszkańcy mieli jednak na to swoje sposoby. Zdarzało się, że mężatki wchodziły do obiektu pod panieńskim nazwiskiem i, nierzadko, wygrywały spore sumy. Częściej jednak przegrywano, ogromne fortuny. Promenada przy Domu Zdrojowym, dzisiejsza al. Mamuszki, nazywana była aleją wisielców. Każdego ranka strażnicy sprawdzali czy na tamtejszych latarniach nikt nie wisi. Wielu przegranych odbierało sobie życie, skacząc z mola do morza. Kasyno zostało zniszczone w marcu 1945 r., kiedy do miasta wkroczyła Armia Czerwona.





Opublikowano 19 kwietnia 2025 roku.