Miguel Covarrubias „Abyśmy nie zapomnieli”.
Dwie twarze generała Francisco Franco



ILONA OSIŃSKA & PIOTR MIERZEJEWSKI







Miguel Covarrubias, "Lest We Forget" (Abyśmy nie zapomnieli), 1950, gwasz. Dwulicowy Franco jako dawny sprzymierzeniec Hitlera i Mussoliniego oraz kreowany przez zimnowojenną propagandę obrońca Zachodu przed komunizmem.

Worcester Art Museum.





Temat tego artykułu nasunął nam się w szczególnych okolicznościach. Pisaliśmy go, gdy mijało dziewięćdziesiąt lat od lipca 1936 roku, kiedy Francisco Franco przyłączył się do wojskowego puczu przeciwko legalnemu rządowi II Republiki Hiszpańskiej, aby wkrótce stanąć na czele buntu i uzależnić swoje zwycięstwo od pomocy Adolfa Hitlera i Benita Mussoliniego. Nie ukrywamy, po której stronie lokują się nasze sympatie. Są po stronie Republiki — niedoskonałej, targanej konfliktami, lecz legalnej i usiłującej bronić demokracji przed dyktaturą narzuconą siłą bagnetów, bombami Legionu Condor i terrorem. Uwagę naszą przykuła karykatura autorstwa Miguela Covarrubiasa, która pokazała nie tylko dwie twarze Franco, lecz także dwie twarze zachodniej polityki


Minęło zaledwie pięć lat od zakończenia II wojny światowej. Hitler nie żył, Mussolini został rozstrzelany, a Europa wciąż podnosiła się z ruin. Wydawałoby się, że polityczni sprzymierzeńcy pokonanych dyktatorów pozostaną na zawsze napiętnowani. Tymczasem w roku 1950 Francisco Franco, który zdobył władzę dzięki pomocy hitlerowskich Niemiec i faszystowskich Włoch, przestawał być dla zachodnich demokracji kłopotliwym reliktem faszyzmu. Zaczynał być potrzebny jako zagorzały przeciwnik komunizmu.


Ten właśnie moment politycznej przemiany uchwycił meksykański artysta Miguel Covarrubias w przejmującej karykaturze znanej jako "Lest We Forget" — „Abyśmy nie zapomnieli” — oraz "The Two Faces of General Franco", czyli „Dwie twarze generała Franco”.


Nie jest to plakat ani obraz olejny, choć siła barw i zwartość kompozycji mogą wywoływać takie wrażenie. Oryginał jest niewielkim gwaszem wykonanym na podrysowaniu grafitowym, na fakturowanym białym papierze. Ma zaledwie 28 × 22,6 centymetra i znajduje się obecnie w Worcester Art Museum w Stanach Zjednoczonych.


Muzealny katalog określa go jako projekt okładki tygodnika „Time” z 25 marca 1950 roku. Informacja ta budzi jednak wątpliwości, ponieważ „Time” ukazywał się w poniedziałki, a na okładce numeru z 27 marca znalazł się amerykański dziennikarz Clarence Streit. Inne źródła, znacznie bardziej przekonujące, łączą ilustrację z wydaniem tygodnika „Collier’s” z 25 marca 1950 roku. Najprawdopodobniej była więc barwną ilustracją redakcyjną opublikowaną wewnątrz tego czasopisma, a nie jego okładką.


Jedna kompozycja, dwie twarze

Covarrubias nie buduje kompozycji z dwóch odrębnych scen. Wszystkie motywy splata w jeden zwarty obraz skupiony wokół centralnej postaci Franco. Dwoistość ujawnia się nie poprzez formalny podział powierzchni, lecz w sprzeczności gestów i symboli oraz w dwóch obliczach połączonych w jednej postaci dyktatora.


Franco jedną rękę unosi w faszystowskim pozdrowieniu, drugą zaś składa pobożnie do modlitwy. Na jego piersi widnieje swastyka, ale twarz zwrócona w stronę widza przybiera wyraz niewinności, uduchowienia i niemal dziecięcej łagodności. Spod tej jasnej, starannie przygotowanej maski wyłania się jednak drugie, ciemniejsze oblicze.


To nie portret człowieka rozdartego pomiędzy dwoma przekonaniami. Nie chodzi o wewnętrzny konflikt ani przemianę moralną. Covarrubias pokazuje polityczną dwulicowość: umiejętność występowania w takim kostiumie, jaki w danej chwili okazuje się najbardziej użyteczny. W latach trzydziestych Franco był wodzem wojskowego buntu przeciwko legalnym władzom Republiki Hiszpańskiej, sprzymierzeńcem Hitlera i Mussoliniego oraz przywódcą ruchu, który nie ukrywał swoich faszystowskich inspiracji. Po roku 1945 przedstawiał się natomiast jako pobożny katolik, gwarant stabilności i niezastąpiony obrońca Europy przed komunizmem. Obie role należą do tej samej postaci. Zmienia się tylko twarz zwrócona ku publiczności.


U-Boot zatapia amerykański statek

Szczególnie ważny jest dramat rozgrywający się za plecami Franco. Wśród nalotów, ognia i stosu ludzkich ciał tonie statek, na którego burcie Covarrubias namalował flagę Stanów Zjednoczonych. Przed nim widać wynurzony niemiecki U-Boot. Nie jest to wyłącznie ogólny symbol wojny ani nawiązanie do bombardowań z czasów hiszpańskiej wojny domowej. Artysta przywołuje obraz niemieckiej wojny podwodnej i śmierci amerykańskich marynarzy. Przypomina, po której stronie politycznej i ideologicznej znajdował się Franco w czasie, gdy hitlerowskie okręty zatapiały jednostki płynące pod amerykańską banderą.


Nad całą sceną unoszą się widmowe twarze Hitlera i Mussoliniego. Nie są zewnętrznymi obserwatorami wydarzeń, lecz patronami zwycięstwa Franco. To dzięki ich samolotom, czołgom, żołnierzom i dostawom broni bunt generałów mógł pokonać Republikę. Legion Condor bombardował hiszpańskie miasta, włoski korpus ekspedycyjny walczył po stronie frankistów, a Hiszpania stała się poligonem przed nadchodzącą wojną europejską.


Podczas II wojny światowej Franco zachowywał formalną neutralność, ale jego sympatie nie pozostawiały większych wątpliwości. Hiszpania dostarczała Niemcom surowców, udostępniała porty U-Bootom, tolerowała działalność niemieckiego wywiadu, a Błękitna Dywizja walczyła u boku Wehrmachtu przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Covarrubias nie przedstawia więc dyktatora jako bezpośredniego dowódcy U-Boota. Umieszcza go natomiast w świecie politycznym, do którego Franco rzeczywiście należał. Amerykańska bandera nadaje temu oskarżeniu szczególną ostrość.


Karykatura zwracała się przede wszystkim do amerykańskiego czytelnika: zanim uznacie Franco za nowego sprzymierzeńca, przypomnijcie sobie, kim byli jego dawni przyjaciele i kto ginął od ich torped.


Franco pogromcą czerwonego smoka

W tej kompozycji pojawia się też zupełnie inna legenda. Czerwony smok nosi na szyi sierp i młot. Uosabia komunizm przedstawiony jako potwór zagrażający Europie, religii i całej zachodniej cywilizacji. Do walki ze smokiem rusza niewielka figurka Franco, wymachująca ognistym mieczem. Dyktator zostaje pokazany w pozie chrześcijańskiego pogromcy zła, przypominającego przede wszystkim Michała Archanioła zwyciężającego szatana. Dawny protegowany Hitlera przeistacza się w świętego wojownika. Człowiek odpowiedzialny za krwawą dyktaturę staje się obrońcą wiary, porządku i wolnego świata.


W ten właśnie sposób reżim frankistowski próbował przedstawić wojnę domową: nie jako wojskowy bunt przeciwko legalnemu państwu, lecz jako krucjatę ratującą Hiszpanię przed bezbożnym komunizmem. W nowych warunkach zimnej wojny legenda ta zaczęła być przydatna także poza Hiszpanią. Na dole eleganccy panowie w garniturach wpatrują się z uznaniem we Franco ze złożonymi rękami. Nie muszą przedstawiać konkretnych polityków. Tworzą zbiorowy portret zachodnich dyplomatów, finansistów, hierarchów i zwolenników porozumienia z Madrytem. Nie patrzą na poległych, U-Boota ani swastykę. Ich wzrok skierowany jest ku antykomunistycznemu rycerzowi.


Przed Franco rozwinięto czerwony dywan. Ten prosty motyw ma niemal dosłowne znaczenie: człowiek jeszcze niedawno uznawany za faszystowskiego pariasa przygotowuje się do ponownego wejścia na międzynarodowe salony.


Wielkie pranie politycznej biografii

Po zakończeniu II wojny światowej położenie Franco wydawało się niepewne. W 1946 roku Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych oficjalnie uznało jego reżim za faszystowski, ukształtowany na wzór systemów Hitlera i Mussoliniego oraz ustanowiony w znacznej mierze dzięki ich pomocy. Państwom członkowskim zalecono wycofanie ambasadorów z Madrytu, a Hiszpanię wykluczono ze współpracy z organizacjami powiązanymi z ONZ.


Zimna wojna szybko zmieniła jednak hierarchię politycznych grzechów. Dla Stanów Zjednoczonych coraz ważniejsze stawało się strategiczne położenie Hiszpanii, możliwość wykorzystania jej terytorium dla amerykańskich baz wojskowych oraz fanatyczny antykomunizm reżimu. W styczniu 1950 roku amerykańska dyplomacja była już gotowa poprzeć cofnięcie międzynarodowej izolacji Hiszpanii. Zapewniano przy tym, że przywrócenie normalnych stosunków dyplomatycznych nie oznacza moralnej akceptacji dyktatury. Była to jednak przede wszystkim wygodna formuła pozwalająca robić interesy z Franco bez publicznego przyznawania, że dokonuje się jego politycznej rehabilitacji.


Covarrubias stworzył swoją karykaturę dokładnie w chwili tego zwrotu. W listopadzie 1950 roku ONZ cofnęła zalecenie wycofania ambasadorów i uchyliła zakaz przyjmowania Hiszpanii do organizacji międzynarodowych. Kolejne państwa zaczęły odnawiać pełne stosunki z Madrytem. W 1953 roku Stany Zjednoczone zawarły z Hiszpanią porozumienia umożliwiające budowę i użytkowanie baz wojskowych w zamian za pomoc gospodarczą i militarną. Dyktator nie musiał przeprowadzać demokratycznych wyborów, uwalniać więźniów politycznych ani rozliczać zbrodni swojego reżimu. Wystarczyło, że był zdecydowanym wrogiem Moskwy. Ognisty miecz okazał się skuteczniejszy niż pamięć o swastyce.


Meksykanin nie zapomina

Autor karykatury nie był przypadkowym obserwatorem. Miguel Covarrubias należał do najwybitniejszych meksykańskich rysowników i ilustratorów XX wieku. Zdobył ogromną popularność w Stanach Zjednoczonych, publikując między innymi w „Vanity Fair”, „The New Yorkerze” i innych znanych czasopismach. Był także malarzem, scenografem, kartografem, archeologiem i badaczem kultur prekolumbijskich. Jego poglądy pozostawały jednak wyraźnie lewicowe i antyfaszystowskie. Podczas II wojny światowej wykonywał rysunki propagandowe dla amerykańskich służb, ale w epoce makkartyzmu sam został uznany za osobę podejrzaną politycznie.


W 1950 roku odbył ostatnią podróż do Stanów Zjednoczonych. Później odmawiano mu prawa wjazdu. Znaczenie miało również to, że był Meksykaninem. Meksyk popierał Republikę Hiszpańską, przyjął tysiące uchodźców po zwycięstwie Franco i uznawał republikański rząd na emigracji. Przez blisko czterdzieści lat odmawiał nawiązania stosunków dyplomatycznych z frankistowską Hiszpanią. Przywrócono je dopiero w 1977 roku, po śmierci dyktatora i rozpoczęciu przemian demokratycznych. Covarrubias patrzył więc na Franco z kraju, który nie zgodził się uczestniczyć w zbiorowym zapominaniu.


Abyśmy nie zapomnieli

Tytuł "Lest We Forget" jest zwrotem tradycyjnie związanym z pamięcią o poległych. Pojawia się na pomnikach wojennych, podczas uroczystości żałobnych i rocznicowych. Covarrubias użył go z gorzką ironią. Zachód uroczyście czcił ofiary faszyzmu, a jednocześnie przygotowywał się do współpracy z jednym z krwawych dyktatorów należących do tego samego politycznego świata.


Najważniejszym przedmiotem oskarżenia nie jest zatem wyłącznie Franco. Artysta nie odkrywał przecież jego faszystowskich związków — w 1950 roku były one powszechnie znane. Covarrubias oskarża przede wszystkim tych, którzy wiedzieli, lecz postanowili nie pamiętać. Karykatura pokazuje mechanizm politycznej rehabilitacji w jego najczystszej postaci. Nie trzeba usuwać dawnych symboli ani zaprzeczać wszystkim zbrodniom. Wystarczy skierować uwagę publiczności na nowego wroga, nazwać dyktatora gwarantem stabilności i pozwolić, aby jego przydatność przesłoniła przeszłość.


Franco nie stał się demokratą ani obrońcą wolności. Nadal rządził za pomocą policji politycznej, więzień i tortur, cenzury i strachu. Zmienił się jedynie język, którym zaczęto o nim mówić.


Praca Covarrubiasa mimo upływu dziesiątek lat w dużym stopniu zachowała aktualność. Przypomina, jak łatwo zbrodniarz może zostać przemianowany na sojusznika, prześladowca na gwaranta porządku, a dawny przyjaciel faszystów na obrońcę cywilizacji. Skąd my to znamy?







O sztuce i jej nieoczywistych historiach 👉 osinska-mierzejewski.info

.





Michałki nie tylko artystyczne

Ilona Osińska & Piotr Mierzejewski

od 2024